Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

2008-02-07 13:18:00
Chusta lakmusowa
Starania tureckiego rządu, by znieść zakaz noszenia chust na terenie uniwersytetów, wywołują kłopotliwe pytanie: czy islam zaczyna powoli podmywać świecką demokrację? Ale w Turcji pozory często mylą.
Większość mieszkańców tego kraju uważa, że przedstawiona w parlamencie propozycja zmiany konstytucji (zgodnie z nią na uniwersytety będą mogły przychodzić kobiety w chustkach tradycyjnie zawiązanych pod brodą, utrzymany zaś zostanie zakaz noszenia chust obwiązanych wokół szyi, w sposób będący symbolem poparcia dla islamu politycznego – przyp. Onet) jest pożyteczna zarówno dla religii, jak i dla demokracji.Bo w Turcji właśnie ludzie przestrzegający zasad religii są najaktywniejszymi demokratami, podczas gdy najbardziej zagorzali obrońcy świeckości państwa – czyli wojsko i władza sądownicza – dokonywali już przewrotów i rządzili za pomocą dekretów.
Współczesna Turcja, tętniąca życiem muzułmańska demokracja z 70 milionami obywateli, położona między Europą a Bliskim Wschodem, to kraj paradoksów. Jej rządy – wybierane w wolnych wyborach – nigdy nie miały pełnej władzy politycznej. Zawsze były uważnie obserwowane, a potężna grupa generałów i sędziów, którzy odziedziczyli władzę po Mustafie Kemalu Atatürku, byłym generale, blokowała ich działania. Atatürk w 1923 roku stworzył na gruzach Imperium Osmańskiego współczesną Turcję.
Państwo było świeckie, ale podzielone na klasy – miejskie elity, zwane "białymi Turkami", interweniowały zawsze, gdy dochodziły do wniosku, że polityczni przywódcy wybrani przez biednych, praktykujących mieszkańców z głębi kraju "zbaczają z obranego kursu". – Obywatel jest jak małe, nieporadne dziecko, które bardzo łatwo może coś popsuć – powiedział kiedyś Dengir Mir Mehmet Firat, członek partii rządzącej. Dlatego państwo "buduje ogrodowy płot wokół takiego dziecka". Dziś po raz pierwszy biedniejsi obywatele z prowincji, reprezentowani przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju premiera Recepa Tayyipa Erdogana, stanowią wyzwanie dla dotychczasowego porządku i – jak dotąd – czynią to skutecznie.
Turcja przypomina zmęczonego wygnańca, który większą część ubiegłego stulecia spędził na Zachodzie, starając się uciec od własnej przeszłości – faktu, że przez poprzednie sześćset lat był centrum muzułmańskiego Wschodu. Spór na temat chust sprawia, że Turcja staje się bardziej sobą. Choć wielu wykształconych obywateli obrusza się, gdy ich kraj postrzegany jest jako część muzułmańskiego Bliskiego Wschodu – a nie jako część Europy – to większość społeczeństwa chce żyć według tradycji.
Badania przeprowadzone w 2006 r. przez Fundację Badań Ekonomicznych i Społecznych, szanowany instytut badawczy w Stambule, wykazały, że 59 proc. Turków uważa się za "bardzo religijnych" lub "wyjątkowo religijnych". Około dwóch trzecich badanych kobiet (pytania zadano 1,5 tys. osób w całej Turcji) wyznało, że wychodząc z domu nakrywają głowę.
Okazuje się zatem, że propozycje Erdogana mają duże poparcie społeczne.
– Chcę podkreślić, że chodzi nam wyłącznie o zmianę niesprawiedliwego traktowania naszych dziewcząt przy wejściach na uczelnie – mówił Erdogan w tureckim parlamencie.
Także tureccy liberałowie zdają się przyznawać mu rację. Jednym z nich jest Ergun Ozbudun, profesor prawa z Ankary, który na zlecenie rządu ma przygotować niezbędne zmiany w konstytucji. – To nie kwestia świeckości, ale praw człowieka – mówi ów specjalista wykładający także na uczelniach za oceanem. – W USA miałem na przykład żydowskich studentów, którzy nosili jarmułki, i nikomu to nie przeszkadzało.
Jednak lider świeckiej partii opozycyjnej, sześćdziesięciodziewięcioletni Deniz Bakal, gra na obecnych w społeczeństwie lękach. – Plany zniesienia zakazu noszenia chust to podkopywanie samych fundamentów świeckiej republiki Atatürka – mówi. – To pierwszy krok do zezwolenia na noszenie hidżabu, który nie jest przecież częścią naszej historii i kultury! Ten kawałek materiału przywędrował z zewnątrz.
Dla Hilal Kaplan, studentki ostatniego roku, te argumenty brzmią wręcz żałośnie niemodnie. – Czuję się tak, jakby ziemia się otworzyła i wypełzli z niej ludzie z 1930 roku. – mówi.
Niektórzy członkowie świeckiej opozycji idą dalej i przywołują porównania do faszyzmu. W jednym z popularnych programów publicystycznych profesor Emre Kongar przypomina, że w Niemczech swastyka jest znakiem zakazanym. – Jeśli symbole stanowią niebezpieczeństwo, można zakazać ich stosowania – mówi.
Większa część debaty odnosi się wyłącznie do spraw bardzo powierzchownych, od czasu do czasu dają się w niej jednak zauważyć istotne kwestie. Jedną z nich jest pytanie tak ważne dla rozumiejących problem Amerykanów i Europejczyków: jakie jest miejsce islamu w społeczeństwie otwartym? Jak zapewnić pełną wolność religijną bez podważania podstaw świeckości czy dopuszczania przywódców religijnych do władzy politycznej?
Większość pytań pozostaje bez odpowiedzi. Premier Erdogan w czasie swojej pierwszej, pięcioletniej kadencji poczynił ogromne postępy: zreorganizował prace rządu tak, by ten podjął starania o członkostwo w Unii Europejskiej, zaczął dialog z mniejszością kurdyjską, stara się, by Turcja zaakceptowała porozumienie w sprawie Cypru.
Premier argumentuje, na razie przekonująco, że nie ma żadnego powodu, aby wierzący muzułmanie nie mogli kierować świecką demokracją. W miarę jednak, jak wierzący muzułmanie mają w Turcji coraz większą władzę – partia Erdogana kontroluje obecnie urząd prezydenta, rząd i parlament – wiele osób o liberalnych poglądach zaczyna się obawiać, że jej szeregowi członkowie mogą stopniowo zacząć zmieniać wizerunek kraju.
Jenny B. White, amerykańska antropolog od lat 70. analizująca sytuację w Turcji, podkreśla że choć na razie przywódcy partii Erdogana w swoich przemówieniach twardo bronią praw jednostki, wcielanie słów w życie może okazać się jednak zupełnie inną kwestią. – Demokracja nie jest tylko technologią sprawowania władzy – mówi. – Obejmuje także tolerancję wobec ludzi, z którymi się nie zgadzamy.
Sabrina Tavernise
("The New York Times" za Onet.pl)









