Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

2008-01-22 14:45:00
Muzułmanie na cenzurowanym
Pomimo zamachów z 11 września 2001 roku muzułmanie żyjący w USA spotykają się z większą sympatią i wsparciem niż w Europie. Na naszym kontynencie problematyka muzułmańska budzi duży niepokój. Przed stu laty podobnie drażliwym tematem byli europejscy Żydzi albo Polacy żyjący w Niemczech.
Jednak takie porównanie wydaje się niestosowne, ci bowiem nie wysadzali w powietrze samolotów ani pociągów, jak to robili radykalni islamiści. Mimo to postrzegano owe mniejszości jako zagrożenie dla kultury i bezpieczeństwa krajów, w których żyli. Dziś to samo dotyczy islamistów.Dyskusja na temat muzułmanów ma związek ze specyfiką europejskiej historii. Położenie muzułmanów w Stanach Zjednoczonych jest całkowicie odmienne.
Dla porównania: w Ameryce zarówno jeśli chodzi o dochody, jak i dyplomy ukończenia studiów muzułmanie plasują się w krajowej średniej. Tylko dwa procent z nich jest w grupie osób o najniższych dochodach – w porównaniu z 18-proc. grupą w Niemczech i Francji, 22-proc. w Anglii i 23-proc. w Hiszpanii. Stopa bezrobocia wśród Turków żyjących w Niemczech wynosi 25,2 proc., czyli dwa razy tyle co krajowa średnia. Na uniwersytetach studiuje więcej studentów chińskich (27 tys.) niż tureckich (25 tys.), choć w Niemczech mieszka 235 989 Turków między 18. a 25. rokiem życia mieszkających). Aż 25 proc. tureckich uczniów przerywa naukę w szkole. Wśród dzieci niemieckich jest to zaledwie jeden procent.
Większość amerykańskich muzułmanów deklaruje, że ich wspólnoty są "miejscami, gdzie żyje się bardzo dobrze albo dobrze". Mają także wielu przyjaciół wśród nie-muzułmanów, jak wynika z raportu Pew Research Center opublikowanego w 2007 roku. Według niego 63 proc. muzułmanów nie dostrzega sprzeczności między islamem a życiem w nowoczesnym społeczeństwie. Wprawdzie 53 proc. uważa, że od czasu zamachów z 11 września muzułmanom żyje się w Ameryce trudniej, jednak większość obarcza winą za ten stan rzeczy rząd, a nie sąsiadów. 73 proc. ankietowanych przyznało, że nie doświadczyło w USA żadnej dyskryminacji. 85 proc. amerykańskich muzułmanów stwierdziło, że nic nie usprawiedliwa zamachów samobójczych. Tylko jeden procent uznał, że w obronie islamu przemoc jest "często konieczna". Tymczasem bardzo duża liczba muzułmanów żyjących w Europie uważa, że dla obrony islamu zamachy samobójcze są "często" albo "czasami" dupuszczalne.
Allah na Kapitolu
W Ameryce wyznawcom islamu żyje się łatwiej nie dlatego, że potrafią lepiej dopasować się do istniejących warunków. Są przecież rozpoznawalni, noszą chusty, budują meczety i otwierają restauracje spełniające wymogi halal (muzułmańskiej czystości rytualnej – przyp. Onet). Muzułmańscy Amerykanie nie wykazują szczególnych zdolności asymilacyjnych, ale uczestniczą w życiu gospodarczym, politycznym i oświatowym swego kraju tak jak inne grupy imigrantów.
Można wysunąć obiekcję, że w Stanach Zjednoczonych ich współżycie z resztą społeczeństwa jest tak dobre, ponieważ za ocean emigrują tylko wykształceni muzułmanie. Amerykański system opieki społecznej ma skromne finanse i zapewnia przetrwanie tylko tym, którzy przybędą tu najlepiej przygotowani. Przeciwko temu argumentowi przemawia fakt, że także w Anglii wśród wielu dobrze wykształconych muzułmanów panuje poczucie wyobcowania, a przemoc nie jest rzadkością. Tymczasem nawet ubodzy amerykańscy muzułmanie nie sympatyzują z zamachowcami-samobójcami i wyrażają brak zrozumienia dla ich postępowania. Powyższa obiekcja nie wyjaśnia również, dlaczego muzułmanie żyjący w USA w dalszym ciągu bez skrępowania wyznają swoją wiarę.
Tam proces integracji opiera się częściowo na tradycji wzajemnych obowiązków. Ameryka oferuje stosunkowo łatwy dostęp do gospodarki, polityki i oświaty, co umożliwia integrację imigrantów. Oni natomiast by przetrwać, muszą wnieść własny wkład na rzecz kraju. To oznacza, że mimo dyskryminacji i doświadczanego początkowo ubóstwa mają do pokonania stosunkowo niskie bariery na drodze do aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym.
Poza tym opinia publiczna w Ameryce ma charakter pluralistyczny, a nie sekularystyczny. Stany Zjednoczone są społeczeństwem obywatelskim opartym nie na braku religii, lecz wręcz przeciwnie: na ich mnogości. Wiary nie praktykuje się w ukryciu, jej symbole są dla wszystkich widoczne, a instytucje społeczne reprezentujące poszczególne religie są bardzo aktywne. Na przykład w gmachu Kapitolu od dziesięciu lat w każdy piątek – bez przerwy nawet po 11 września – grupa muzułmanów spotyka się na modlitwie.
Amerykański liberalizm w odniesieniu do gospodarki i religii opiera się na trzech specyficznych elementach: wielkości Stanów Zjednoczonych, doświadczeniach z imigrantami i na amerykańskim protestantyzmie. W czasie pierwszej wojny światowej był on dominującą religią i wykazał się zaskakującą tolerancyjnością. (...) Rozwój religijnego liberalizmu wspierał również konstytucyjny rozdział Kościoła od państwa. Dzięki temu Kościoły umyły ręce, gdy rząd skompromitował się korupcją i hipokryzją. Przyniosło to im rzesze zwolenników, a krajowi różnorodność wyznań.
W Europie wszystko przebiegało zupełnie inaczej. Po Rewolucji Francuskiej podejrzliwie patrzono na tradycyjne Kościoły ancien régime. Świeckie instytucje państwowe uchodziły za bastion oporu przeciwko irracjonalności religii i władzy arystokracji.
Zażyłość z obcymi
Tymczasem w Ameryce, państwie Nowego Świata powstałym na podłożu rewolty skierowanej przeciwko Londynowi, to rząd, a nie religia wydawał się podejrzany. Nawet w amerykańskich "bible belt" (tradycyjna nazwa południowych stanów USA – przyp. Onet) prawie nikomu nie przeszkadza religijność muzułmanów. Aż 40 proc. amerykańskich wyznawców islamu przyznaje się, że raz w tygodniu chodzi na modły do meczetu. Odpowiada to liczbie Amerykanów uczestniczących we mszy świętej.
I tak doszło do powstania paradoksalnej "zażyłości z obcymi". Amerykanie od dawna przyzwyczajeni są do obcowania z przedstawicielami różnych narodowości. Dzięki temu nauczyli się rozpoznawać, jakie odrębności mogą być dla kraju niebezpieczne, a jakie są nieszkodliwe. Nie mają przy tym skłonności do wpadania w panikę. Nawet po 11 września rzadko dochodziło do antymuzułmańskich zamieszek. Keith Ellison został wybrany na pierwszego muzułmańskiego członka Kongresu po zamachach na World Trade Center. Tymczasem w 2006 roku 58 proc. Niemców spodziewało się w swoim kraju wybuchu "groźnego konfliktu z muzułmańską społecznością", mimo że sami nie ucierpieli wskutek zamachu.
W Stanach Zjednoczonych mamy do czynienia ze splotem wielu sprzyjających okoliczności. Zażyłość z obcymi redukuje potrzebę wysuwania asymilacyjnych żądań i obniża przeszkody na drodze integracji. Tymczasem w Europie ciągle kładzie się duży nacisk na konieczność asymilacji, bez której uczestnictwo w życiu gospodarczym i politycznym staje się utrudnione. Słabsza integracja prowadzi w kraju gospodarza do mniejszej tolerancji wobec odmienności. Po stronie imigrantów rosną urazy i pretensje. Te z kolei prowadzą do rosnącego braku zainteresowania gospodarką i polityką, do przemocy i upierania się przy symbolicznych różnicach.
Lęki określają politykę
Pokazuje to wyraźnie spór wokół chust, jaki wybuchł w Europie. Nie chodzi w nim o bariery stojące na drodze integracji muzułmanów ani o reakcję imigrantów. Europa domaga się od nich symbolicznego podporządkowania. Pewną rolę odgrywa wyobrażenie religii jako czegoś duchowo zacofanego, uciskającego kobiety i stanowiącego nieustanne zagrożenie dla liberalnej demokracji. (…)
W pluralistycznym społeczeństwie do zmiany tradycyjnych wzorców może dojść dopiero wtedy, gdy w nowej ojczyźnie imigranci będą mieli wystarczający dostęp do życia gospodarczego i politycznego. Europa nie spełniając tych wymagań, wymusza adaptację przed dopuszczeniem do współuczestnictwa w życiu gospodarczym i często pozostawia ich własnemu losowi. Oznacza to gettoizację utrudniającą normalne procesy przemian, prowadzi do samoizolacji i dyskryminacji. W Europie akceptuje się fakt, że lęki społeczne w kraju decydują o narodowej polityce. Jeżeli wyjdziemy z założenia, że celem jest usuwanie z rządzenia państwem elementów irracjonalnych, to nasz kontynent zdecydowanie się z nim rozmija.
Marcia Pally jest profesorem multicultural studies na Uniwersytecie w Nowym Jorku.
Marcia Pally
("Suddeutsche Zeitung" za Onet.pl)









