Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

2007-11-05 09:58:00
Pakistan: stan wyjątkowy
Trwa obława na przeciwników rządu. W sobotę prezydent gen. Pervez Musharraf wprowadził stan wyjątkowy. Zachód, dla którego Pakistan jest najważniejszym w Azji sojusznikiem w wojnie z terroryzmem,protestuje, ale słabo.
Prezydent oświadczył, że ratuje państwo przed zagładą, jaką mieli na nie ściągnąć terroryści, sędziowie i dziennikarze. Najpierw, w sobotni wieczór, prywatne stacje telewizyjne przerwały niespodziewanie nadawanie programów. Potem przestały działać telefony. Wreszcie w śródmieściu Islamabadu, stolicy kraju, pojawili się żołnierze z karabinami, rozstawili posterunki i pogrodzili zasiekami z drutu kolczastego aleję Konstytucji, przy której stoją pałac prezydencki, parlament, siedziba premiera i gmach sądu najwyższego. otoczyli także budynki rządowego radia i telewizji.
W sądzie żołnierze zastali sędziów, którzy w przyszłym tygodniu mieli orzec, czy gen. Musharraf, pozostając dowódcą wojska, miał prawo w październiu ubiegać się o urząd prezydenta w wyborach, które niemal jednogłośnie wygrał. Wojskowi przerwali obrady sędziów i ogłosili, że gen. Musharraf, występując w roli szefa sztabu wojska, wprowadził stan wyjątkowy i zawiesił konstytucję. Sędziowie zostali poproszeni o zatwierdzenie dekretu. Kiedy odmówili, twierdząc, że stan wyjątkowy jest bezprawiem, wojskowi powiedzieli im, że niniejszym zostają zwolnieni z posad i mogą wracać do domów. Natychmiast zaprzysiężony został też nowy prezes sądu najwyższego.
Generał stracił nerwy
O pólnocy w telewizyjnym orędziu gen. Musharraf ogłosił, że musiał wprowadzić stan wyjątkowy, by pakistańskie państwo mogło dalej istnieć. Zagrożony został nie tylko jego pokój – powiedział – ale jedność i suwerenność. Jako winnych nadciągającej apokalipsy generał wskazał muzułmańskich fanatyków i terrorystów podkładających bomby od Karaczi po Peszawar, a także sędziów i dziennikarzy, którzy uzurpując sobie nienależną im władzę, doprowadzili do faktycznego paraliżu państwa. – Dalsza bierność byłaby samobójstwem – podkreślał generał, który dla lepszego wrażenia na występ w rządowej telewizji ubrał cywilny strój.
W sobotnią noc i przez całą niedzielę, która jak na stan wyjątkowy minęła bardzo spokojnie, żołnierze i policjanci generała tropili i łapali w całym kraju przywódców opozycji oraz adwokatów i sędziów, którzy stali się awangardą ruchu protestu przeciwko wojskowym rządom.
Do niedzielnego wieczoru w aresztach i aresztach domowych zatrzymanych zostało prawie pół tysiąca osób. W niedzielę premier Szaukat Aziz ogłosił, że planowane na styczeń wybory do parlamentu, które miały zakończyć epokę wojskowych rządów, trzeba będzie pewnie przełożyć co najmniej o rok.
Wszystko wskazuje na to, że 64 – letni Musharraf, który przed ośmioma laty przejął władzę po wojskowym zamachu stanu, tym razem stracił nerwy. Postanowił nie czekać na wyrok sądu najwyższego, który najpóźniej do połowy listopada miał orzec, czy generał może być dalej prezydentem. Musharraf nie ufał przede wszystkim prezesowi sądu Ifticharowi Mohammedowi Czoudhriemu, który wykorzystując prawne kruczki, od co najmniej roku podważa decyzje wojskowych władz. W marcu, podejrzewając, że sędzia może zakwestionować nawet jego starania o prezydencką reelekcję, Musharraf zawiesił go, oskarżając o wydumane występki. Niespodziewanie dla siebie wywołał polityczny kryzys, a sędziowie i adwokaci tłukli się z policjantami na ulicach Islamabadu, Rawalpindi, Lahore i Karaczi.
Ameryka się denerwuje
Pakistan to najważniejszy w Azji sojusznik Zachodu w jego wojnie z muzułmańskimi fanatykami. I to właśnie naciski Zachodu oprócz protestów w samym kraju sprawiły, że w lipcu Musharraf przywrócił Czoudhriego na stanowisko prezesa, ale odtąd straszył, że jeśli sędziowie wystąpią przeciwko jego ponownemu wyborowi, nie zawaha się wprowadzić stanu wyjątkowego. Sędziowie zezwolili na wybory w październiku, ale do dziś nie orzekli, czy Musharraf jako wojskowy mógł w nich startować.
To właśnie strach, że sędziowie zakwestionują prawomocność jego władzy lub wręcz go jej pozbawią, a nie coraz liczniejsze i krwawsze zamachy bombowe i wojna, która z Afganistanu przelała się do pakistańskiej Prowincji Granicznej, wydaje się główną przyczyną wprowadzenia stanu wyjątkowego. Na pograniczu zamieszkanym przez wolne plemiona pasztuńskie toczy się regularna wojna i proklamacja prezydenta niczego tu nie zmieni.
Wprowadzenie stanu wyjątkowego wydaje się niweczyć nadzieje Amerykanów, którzy od wielu miesięcy próbowali doprowadzić do politycznego sojuszu Musharrafa z byłą premier Benazir Bhutto. Po styczniowych wyborach, po których Bhutto objęłaby po raz trzeci stanowisko premiera, mieli podzielić się władzą i stworzyć silny, świecko – liberalny front przeciwko muzułmańskim fanatykom.
Amerykanie wydali się nieprzyjemnie zaskoczeni decyzją Musharrafa. Sekretarz stanu Condoleezza Rice, która w sierpniu potrafiła dzwonić o drugiej w nocy do Musharrafa, by go przestrzegać przed wprowadzaniem stanu wyjątkowego, w sobotę powiedziała, że decyzja prezydenta jest „ godna pożałowania”. Jeszcze w piątek władcę Pakistanu przestrzegał przed takim rozwiązaniem admirał William Fallon, dowódca wojsk USA na Bliskim Wschodzie. Fallon groził nawet, że Stany wstrzymają pomoc, głównie wojskową, dla Pakistanu, która w ostatnich latach wyniosła ponad 10 mld dolarów. W niedzielę pani Rice wspomniała o „rewizji” pomocy dla Pakistanu, ale sugerowała, że nie może to doprowadzić do „ignorowania odpowiedzialności prezydenta za narodowe bezpieczeństwo”.
Problem dla Bhutto
Jak pisze niedzielny „New York Times”, Bush i jego ekipa mogą tylko „siedzieć i czekać”, nie chcą bowiem zbyt ostro atakować Musharrafa, bojąc się , że władzę nad krajem dysponującym bronią nuklearną mogą przejąć radykałowie islamscy. Wprowadzenie stanu wyjątkowego „oznacza, że plany Busha demokratyzacji Pakistanu załamały się spektakularnie” – pisze dziennik.
Także UE wyraziła w niedzielę nadzieję, że mimo kłopotów Pakistan pozostanie wiernym sojusznikiem Zachodu w afgańskiej wojnie.
Hamid Mir, jeden z najbardziej znanych pakistańskich dziennikarzy, twierdzi, że Amerykanie wiedzieli o planowanym dekrecie i nie protestowali, uważając prezesa sądu najwyższego Czoudhriego za uciążliwe utrapienie ich wiernego sojusznika Musharrafa. Czoudhri zalazł z resztą za skórę samym Amerykanom, potępiając areszty osób podejrzanych o sympatyzowanie z talibami lub al Kaidą. Amerykanie przezywali go „niańką talibów”.
Hamid Mir uważa nawet, że w plany prezydenta wtajemniczona była sama Benazir Bhutto, która mimo wprowadzenia stanu wyjątkowego wróciła do Karaczi z Dubaju. Jeśli teraz wystąpi przeciwko Musharrafowi, trafi do więzienia i zniweczy plany Amerykanów. Jeśli nic nie zrobi, straci wiarygodność w oczach swoich zwolenników.
(Wojciech Jagielski "Gazeta Wyborcza", współpraca MAB, Waszyngton)









