Instytut Badań nad Cywilizacjami Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie
Instytut Badań nad Cywilizacjami
  • Strona główna
     
  • O nas
     
  • Wydarzenia
     
  • Publikacje
     
    • Nasze publikacje
    • Przegląd prasy
    • Zderzenia cywilizacji
  • Multimedia
     
  • Dodatki
     
  • Recenzje
     
  • Forum
     

Wyższa Szkoła Informatyki i Zarządzania
Koło naukowe
2009-09-17 09:47:29

Nasz pracownik znowu w Azji - relacja z podróży Michała Futyry.

Kambodża

Ulica

Phnom – Pehn. Miasto, które na pierwszy rzut oka nie powinno funkcjonować, a nawet istnieć. Chaos panujący dookoła, wydaje się ogarniać wszystko i wszystkich. Jedyne miejsce, które posiada względny ład, to centrum rozciągające się wzdłuż głównej ulicy Sisowath Quay nieopodal rzeki Tonle Sap. Przechadzając się chodnikiem, uderzają w oczy dziesiątki kolorowych neonów: różowy „Exotic massage”, zielono – niebieski „Khmer Food” i czerwony „Air – con travel service”. Pomiędzy nimi, wyeksponowana, usytuowana tak, żeby była widoczna z jak najdalszej odległości, króluje dwumetrowej wielkości znana na całym świecie twarz biało-czarnego dziadka, o przyjaznym spojrzeniu, spoglądającym znad okrągłych okularow. Kentucky Fried Chicken. Popularne KFC przyciąga przede wszystkim lokalnych mieszkańców. Obrotowe drzwi wirują dookoła bezustannie. Dziesiątki skuterów blokuje chodnik. Kolejne oczekują po drugiej stronie ulicy na możliwość wślizgnięcia się na miejsce odjeżdżających. Umundurowany na zielono mężczyzna, z wsuniętymi do czarnych glanów spodniami, czarna pałka za pasem i kaszkietówka z napisem „Total” zarządza ruchem przed barem. Czerwony kilkunastocentymetrowy wskaźnik w jego ręku wykonuje najdziwniejsze akrobacje w powietrzu. Jednych przytrzymuje, nie pozwalając zbliżyć sie nawet o milimetr do upragnionych i wyśnionych kurczakowych skrzydełek w złocistej i chrupiącej skorupce, a innych serdecznie zaprasza gestem otwartych ramion, aby nareszcie, po kilkunastu minutach mogli wydać ciężko zarobione dolary wewnątrz. I rozkoszować się smakiem amerykańskich kurczaków prosto z Kentucky, serwowanych przez Khmerskie dziewczyny, na papierowych talerzykach z Tajlandii.

Rozmowa

„ - Hello my friend” – słychać donośny głos zza pleców, z prawej strony, lewej, a nawet znad głowy.
- Hello – odpowiadam zdezorientowany, wiedząc jakie będzie kolejne pytanie.
- Jak się masz dzisiaj przyjacielu ? – pada kolejne podstawowe pytanie. Próba zawiązania znajomości. Oczy utkwione w mojej twarzy. Broń Boże odwzajemnić wzrok, bo przepadnę i jazda lokalną, trójkołową taksówką gwarantowana.
- Wspaniale – odpowiadam bez przekonania. Zresztą co mogę innego odpowiedzieć?
Jeśli powiem, że źle, to zapyta dlaczego.
- Wspaniale? To wspaniale! – rzuca serdeczną odpowiedź. A zaraz po niej:
- Skąd jesteś?
- From Poland – mówię, idąc dalej naprzód, pamiętając, żeby nie zwolnić kroku. Jeśli zwolnię, a on zauważy, to też przepadłem. Powtarzam sobie w myślach: „Nie chce nigdzie jechać. Chce się po prostu przejść. Nie dam się złamać. Dolar, nie dolar, mam ochotę na spacer”. Poza tym, za każdym razem, gdy mówię Poland zaskakuje potencjalnych kierowców, bo co niby mogą wiedzieć o Polsce. Przecież nie jestem from Germany, France, ani tym bardziej Italy. Kto tu mógł słyszeć o Polsce? W odpowiedzi pada nagle:
- Aha, znam! You are from Holland! Tak, tak, Holland znam. Wy fajny kraj – odpowiada rezolutnie, dumny, że mnie skłonił do zwolnienia kroku. Przepadłem. Znowu to samo. Za każdym razem mam nadzieję, że chociaż jedna osoba zna Polskę, a oni zawsze mylą z Holandią. Ja wtedy przystaję, żeby tłumaczyć i koniec końców muszę się przejechać ich taksówkami.
- Nie Holland, a Poland – odpowiadam gniewnie, gotowy bronić swojego kraju i obywatelstwa, jak Konstytucji!
- A, Poland! Ok, ok my friend – po czym zapada niezręczne milczenie.
„No tak” – myślę sobie – „France ma swoja Więżę Eiffla, Germany Bramę Brandenburską, nawet Italy mają Koloseum. A Polska?”. Nie tracąc nadziei i ciekaw, czy cokolwiek usłyszę o swoim kraju z kambodżanskich ust, również milczę, ale czekam. Patrzę prosto w oczy. Pokazuję swoim szerokim teraz uśmiechem, że jeśli mój rozmówca wykaże jakąkolwiek wiedzę na temat nadwiślańskiego kraju dam mu 5 $ i to nie chcąc w zamian taksówkowego kursu. Dostrzegam jakiś błysk głęboko w jego oku. Nie, nie wierze. Coś wie! Naprawdę coś wie o Polsce! Odwzajemnia mój uśmiech. Szykuje się i mowi:
- Ok, ok. Może taxi? Motor? Jedziemy? Znam miasto. Zabiorę!
 

Michał Futyra

 galeria

 


Angkor Wat

Królestwo Khmerow istniało od IX do XV wieku. Jego granice rozciągały się od Birmy, aż po Wietnam, i było potęgą na ówczesne czasy dorównującą największym cywilizacjom. W samym Agkorze ukrytym w dżungli przed światem, mieszkało blisko 750 tys. ludzi, co plasowało miasto w czołówce najprężniej rozwijających się miast świata.
Setki dużych i małych świątyn poświęconych Wisznu, Sziwie, czy Buddzie budowano na przestrzeni setek kilometrow kwadratowych. Niezliczone procesje misjonarzy, handlarzy, czy poszukiwaczy przygód ściągały tutaj, aby odnaleźć swoje przeznaczenie.
Angkor Wat jest miejscem szczególnym z jeszcze jednej przyczyny. Jest to bodaj jedyne tak duże miasto świata, które zniszczyło samo siebie. Skomplikowany kompleks wodny Angkoru był poszerzany i odbudowywany przez wieki. Rozrósł się do rozmiarów niemożliwych do ogarnięcia. W pewnym momencie zabrakło rąk do naprawiania systemu irygacyjnego. Powoli, ale regularnie dżungla zabierała dla siebie kawałki miasta. Czego nie zabrały drzewa, zniszczyły powodzie. Aż w końcu cios ostateczy zadali ludzie. Mowiąc ściślej – najeźdzcy.
Bogata historia. Piękna architektura. Wyjątkowe miejsce. Jeden z cudów świata, jak się zwykło dzisiaj określac Angkor Wat. Czego więc można chcieć więcej?
Niestety, po pierwszych godzinach zachwytu przychodzi refleksja. Każdy kolejny dzień spędzony pomiędzy antycznymi ruinami, utwierdza w przekonaniu. W przekonaniu, że to miasto, które kiedyś zachwyciło pierwszych odkrywców, dzisiaj padło ofiarą komercji i masowej turystyki. Na każdym kroku słychać dziesiątki językow. Przewodnicy wypluwają z siebie słowa po angielsku, hiszpańsku, japońsku, czy rosyjsku, pokazując turystom najmniejszy nawet kamień i historię z nim zwiazaną: “Drugi władca potęgi khmerskiej zasiadł przed wiekami na tym oto kamieniu. Proszę nie dotykać! Zasiadł i zapadł w glęboką zadumę! Efektem jego zadumy stała się ta piękna świątynia postawiona w miejscu, gdzie władca siedział. Dobrze. Zatem dziesięć minut na zdjęcia i ruszamy dalej!”. Niezliczeni handlarze chcący sprzedać pamiątki “made in china”, zimną wodę, czy kolorowe parasole. Bilety sprawdzane przez strażników, zanim się wejdzie na teren kolejnej świątyni. Stragany otaczające każde miejsce turystycznego przystanku. Nawet wokół toalet wyrosły niewielkie kramy, sprzedające mydło i papier toaletowy.
Magia, która dawniej drzemała w tym miejscu, umknęła.
Nie można mieć do nikogo pretensji, o to, że tak się stało. A już wogóle do mieszkańcow okolicznych miejscowości, którzy zasilają szeregi handlarzy i straganiarzy. Szukają najmniejszej nawet możliwości, aby poprawić byt swoich rodzin. Zaś Angkor Wat takie możliwości daje.


Świątynia “Ta Prohm” należąca do części zespołu świątynnego Angkor Wat. Kamienne schody prowadzące do części właściwej budowli. Tuż obok nich stoi młoda kobieta w słomianym kapeluszu, obwiązanym niebieską tasiemką. Na ręce ma zawieszony zielony, plastikowy koszyczek, zamknięty od góry szarą tekturą. Szeroko się uśmiecha do turystow. Nagle wyławia wzrokiem i zaczepia starszego mężczyznę:
- Dzień dobry sir – wypowiada zdanie, nieoczekując odpowiedzi. Szybkim ruchem ręki wyciaga z koszyka żółty pumeks do stóp. Uśmiecha się jeszcze serdeczniej, niż przed sekundą i dodaje: - “Może masaż? Widzę, że stopy zniszczone. Mogę wymasować. Mogę pomóc!”. Fala turystow mknie przed siebie. Jedynie starszy mężczyzna, trochę zmieszany, próbuje coś bezskutecznie tłumaczyć “masażystce”…

Michał Futyra

galeria



„S – 21”

Rok 1975. Od początku kwietnia Liceum Tuol Svay Prey znajdujące się w centrum Phnom – Penh stoi opustoszałe. Zwykły gwar i radosny śmiech typowy dla szkół na całym świecie, zamarł. Ani jednego ucznia, czy nauczyciela. Brama wjazdowa na teren szkoły leży rozbita na ziemi. Dookoła grobowa cisza. Od czasu do czasu gdzieś w oddali słychać pojedyncze wystrzały i eksplozje. Na ulicach miasta oprócz wojskowych patroli i kilku rządowych gmachów wypełnionych ludźmi, nie ma żywej duszy. Wszystkich mieszkańców, których wyłapało wojsko, wywieziono kilkaset kilometrów stąd. Sekretarz Generalny Komunistycznej Partii Kambodży Pol Pot przekonany, iż Phnom – Penh jest siedliskiem wszelkiego zepsucia i zachodniej degeneracji, zadecydował o wysiedleniu wszystkich mieszkańców. „Każdy obywatel Demokratycznej Kampuczy winien ciężko pracować na rzecz rozwijania dobrobytu i niepodległości Naszej Kochanej Demokratycznej Kampuczy” – słychać słowa sekretarza, dobiegające z głośników rozstawionych w oknach najwyższych budynków. Od kilku dni mężczyźni ubrani w czarne koszule i spodnie, z typowymi dla siebie, kraciastymi czerwono – białymi chustami na szyjach przeszukują domy centymetr po centymetrze.
17 kwietnia 1975 roku na teren liceum wjeżdżają pierwsze ciężarówki wypełnione robotnikami. Rozpoczynają sie gorączkowe prace. Na pierwszy rzut oka nie widać niczego niezwykłego. Wstawianie podwójnych szyb w miejsce pustych, rozbitych okiennic. Sprzątanie dziedzińca. Podwyższanie okalającego szkole muru o pół metra. Wnoszenie żelaznych łóżek i drewnianych skrzyń do jednego z budynków. Dziwią trochę metalowe kraty we wszystkich oknach, ale przecież czasy niespokojne, więc i ludzie wolą się zabezpieczyć. Tym bardziej nowa władza. Budynki mogą być ważnymi, strategicznymi magazynami, więc pewnie dlatego te zabezpieczenia. A kilometry rozwiniętego drutu kolczastego dookoła szkoły? Bezpieczeństwa nigdy za wiele!
W nocy z 20 na 21 kwietnia 1975 roku przez główną i jedyną bramę szkoły, wjeżdżają dwie ciężarówki. Słychać jakiś szmer. Pojedyncze westchnienia. Głuche uderzenia, jakby ktoś bił drewnianą pałką w poduszkę wypełnioną pierzem. Poza tym cisza. Zresztą, nikt nie mógłby niczego usłyszeć, gdyż cały teren w promieniu kilometra został dokładnie oczyszczony z ludzi. Nawet bezpańskie psy się tutaj nie zbliżają.
Tak pozostało przez cztery kolejne lata.

Więzienie Toul Sleng, nazywane również Wiezieniem Służby Bezpieczeństwa 21 (S – 21) było przez lata miejscem straszliwych tortur i cierpienia tysięcy ludzi, posądzonych o zdradę względem rządu. Brutalne przesłuchania i dotkliwe pobicia w S – 21 były początkiem ich końca. Zmaltretowane ciała transportowano kilka kilometrów za miasto, do miejsca nazywanego Killing Fields, gdzie wyspecjalizowane jednostki wojska mordowały ofiary. Z każdym rokiem przybywało więźniów: 1975 – 154, 1976 – 2250, 1977 – 2350, 1978 – 3765. Jedynie siedem osób w historii istnienia Toul Sleng przeżyło pobyt w tym miejscu. Nikt, kto się tam znalazł, nie miał prawa przeżyć!

Fragment regulaminu wiezienia:

1. Masz odpowiadać stosownie do zadanego przeze mnie pytania – nie próbuj kłamać.
2. Nie próbuj ukrywać jakichkolwiek faktów, gdyż zostaniesz ukarany.
3. Nie bądź głupi i nie pomagaj temu, kto śmiał sie przeciwstawić rewolucji.
4. Masz natychmiast odpowiadać na moje pytania bez tracenia czasu na zastanowienie.
5. Nie opowiadaj mi o swoim niemoralnym przywiązaniu do rewolucji – kłamiesz !
6. Podczas bicia lub elektrowstrząsów nie możesz płakać.
7. Nic nie rób. Siedź i czekaj na moje rozkazy. Jeśli nic nie rozkażę, masz nadal być cicho. Kiedy powiem, że masz coś zrobić, masz to natychmiast uczynić bez żadnych protestów.
8. Nie szukaj pretekstów do oszukiwania mnie lub ukrywania zdrajców – działasz przeciwko Demokratycznej Kampuczy!
9. Jeśli nie będziesz przestrzegał tych zasad, czeka cię bicie i elektrowstrząsy.
10. Jeśli wykażesz nieposłuszeństwo względem chociaż jednego punktu regulaminu, czeka cię bicie i rażenie prądem.

 

Michał Futyra

galeria



« Lista aktualności
Polish English

Miesiąc Chiński

Aktualności

news
06.07.2010
Przerwa wakacyjna

  Szanowni Państwo z racji trwającego okresu wakacyjnego Instytut Badań nad Cywilizacjami zawiesza organizację imprez kulturowych do października.  

  RSS

Strona główna Do góry
Instytut Badań nad Cywilizacjami Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie
ul. Sucharskiego 2, 35-225 Rzeszów, fax: +48 17 866 12 22
Lista Telefonów Uczelni
cywilizacje@wsiz.rzeszow.pl