Tytuł: "Nic nie zdarza się przypadkiem"
Autor: Tiziano Terziani
Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2008
Trudno uwierzyć, że w chorobie nowotworowej można znaleźć jakiś sens, ale wydaje się, że tak właśnie jest w przypadku Tiziano Terzianiego, którego sam Ryszard Kapuściński uważał za wielkiego pisarza. Dla tego włoskiego reportażysty choroba jest punktem zwrotnym, początkiem nowej podróży, tym razem w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze pytania dręczące współczesnego człowieka . Terziani poddając się w Nowym Jorku najnowocześniejszej terapii antynowotworowej, jednocześnie czuje potrzebę poznania alternatywnych metod leczenia – począwszy od ajurwedy, tradycyjnej medycyny indyjskiej, przez chińskie ziołolecznictwo, na pseudopsychologicznych seansach w kalifornijskim ośrodku dla zamożnych Amerykanów. Nie szuka jednak alternatywnego lekarstwa, ale alternatywnego spojrzenia na człowieka, dlatego właśnie jego opowieść to nie kolejny poradnik o zdrowiu, ale głęboki, przejmująco szczery i wyjątkowo trafny portret współczesnego człowieka, który wciąż musi dokonywać wyboru między rozumem a wiarą, nawet jeśli odarcie świata z magii a własnego życia z duchowości prowadzi do bezgranicznej samotności, czy wręcz szaleństwa. Terziani znajduje we własnej chorobie sens, odnajduje bowiem wewnętrzną harmonię, która pozwala mu żyć w zgodzie ze światem, naturą i samym sobą. Dla czytelnika zaś to niezwykła okazja poznania najbardziej niezwykłych miejsc Azji oczami jednego z najlepszych reportażystów XX wieku. Wspaniała książka, napisana z wielką pasją przez człowieka, dla którego lewicowa i ekologiczna wrażliwość nie jest pustosłowiem, ale imperatywem moralnym.
Anna Siewierska-Chmaj
Nigdy nie spotkałam trafniejszego opisu Indii:
„Kto kocha Indie, ten wie, że nie wiadomo dokładnie, dlaczego traci się dla niego głowę. Są brudne, biedne zakażone: czasami złodziejskie i kłamliwe, często cuchnące, zepsute, bezlitosne i obojętne. A jednak jeśli raz się z nimi spotkasz, nie możesz się bez nich obyć. Jeżeli wyjedziesz daleko, cierpisz. Ale taka właśnie jest miłość: instynktowna, niewytłumaczalna, bezinteresowna.
Ktoś zakochany nie kieruje się rozumem, nie czuje przed niczym strachu, jest gotowy na wszystko. Odczuwa upojenie wolnością, ma wrażenie, ze można objąć ramionami cały świat i że cały świat nas obejmuje. Indie – chyba że się je znienawidzi przy pierwszym zetknięciu – szybko wywołują to uniesienie: tam każdy czuje się częścią stworzenia. W Indiach nigdy nie czujemy się samotnie, nigdy całkowicie odsunięci od reszty. Na tym polega ich urok.
Kilka tysięcy lat temu indyjscy mędrcy, ryszi, „ci, którzy widzą”, przeczuwali, że życie jest jednością i doświadczenie to, odnawiane pobożnie z pokolenia na pokolenie, stanowi sedno wielkiego wkładu Indii w ucywilizowanie człowieka i rozwój jego świadomości. Każde życie, moje i drzewa, pozostaje częścią całości o tysiącu kształtów, jakim jest życie.
W Indiach nie ma potrzeby tak myśleć. Idea ta jest już częścią wspólnego odczuwania wszystkich ludzi. Występuje w powietrzu, którym się oddycha. Samo istnienie wprowadza pewną nieświadomą zgodność z tą starą już wizją. Bez trudu odnajduje się harmonię z nowymi dźwiękami, nowymi wymiarami. W Indiach jest się innym niż gdziekolwiek indziej. Odczuwa się inne emocje. Ma się inne myśli”.










