Szanowni Państwo z racji trwającego okresu wakacyjnego Instytut Badań nad Cywilizacjami zawiesza organizację imprez kulturowych do października.

Przegląd Prasy - Do Darfuru wraca pokój - The New York Times
Zmiany, jakie się tu dokonują, były trudne do wyobrażenia jeszcze kilka lat temu. Grupy rebeliantów, które rozpoczęły wojnę w Darfurze w 2003 roku, wywołując konflikt kosztujący życie setek tysięcy ludzi, jakby popadły w stan hibernacji. Podobnie stało się z osławionymi Janjaweed, bandami, które dokonywały gwałtów i mordów, terroryzując ludność cywilną.
W tym sezonie upraw po raz pierwszy od 2003 roku dziesiątki tysięcy rolników, którzy wcześniej szukali schronienia w rozrzuconych po kraju obozach dla uchodźców, powróciło do swych wiosek, by robić zasiewy, co do niedawna wielu mieszkańców Darfuru uważałoby za równoznaczne z samobójstwem.
– Ludzie muszą zmienić swoje wyobrażenie o Darfurze – mówi Daniel Augstburger, dyrektor Biura ONZ w Darfurze. – Tu już nie grasują dzikie bandy, paląc wioski.
Na lotnisku El Fasher – pełnym zazwyczaj pilotów, żołnierzy, agentów służb bezpieczeństwa i podejrzanych osobników z bronią – na pasach stoją bezczynnie myśliwce, a ich kokpity zakryte są brezentem. Od czasu do czasu wykonują loty, przecinając nieprawdopodobnie jasne niebo, ale od miesięcy, jeśli nie od lat, nie musiały brać udziału w walkach, twierdzą przedstawiciele sił pokojowych ONZ.
– Zamrożenie – mówi generał Patrick Nyamvumba, rwandyjski dowódca liczących 20 tysięcy ludzi sił pokojowych w Darfurze. – To jest właściwe słowo na określenie panującej sytuacji. Jest spokojnie, nawet bardzo spokojnie, ale wciąż nieprzewidywalnie.
Darfur, ogromny zachodni rejon Sudanu, który stał się synonimem konfliktu, utknął między wojną a pokojem. Wciąż dochodzi do aktów przemocy, i to bardzo wielu – pięciu rwandyjskich żołnierzy zostało niedawno zabitych, a pracownicy organizacji pomocowych są ciągle porywani. Uzbrojeni po zęby bandyci – być może niedobitki z dawniejszego okresu bardziej zorganizowanych działań wojennych – są wszędzie. Między innymi dlatego obozy opuszcza bardzo niewielu ludzi w porównaniu z 2,7 milionami, które wciąż tam są, bojąc się wrócić do domu.
Ale w ostatnim roku grupy rebeliantów zachowywały się spokojnie, nękane niekończącymi się podziałami i brakiem konkretnego programu politycznego. Jednocześnie rząd Sudanu został chyba zachęcony przez administrację Obamy, by rozmawiał z narodem, zamiast się od niego izolować, a przedstawiciele ONZ mówią, że władze kraju zaprzestały wspierania przemocy na tle etnicznym, o co do niedawna je oskarżano.
Nawet aktywiści działający w kwestii Darfuru, którzy przyczynili się do tego, że konflikt nie znikał przez pięć lat z pierwszych stron gazet, dzięki czemu wojnie w Darfurze poświęcono więcej uwagi niż jakiejkolwiek innej afrykańskiej wojnie naszych czasów, nie oponują automatycznie, słysząc twierdzenia w rodzaju "Wojna się skończyła". Właśnie to powiedział w sierpniu poprzedni dowódca sił pokojowych, wywołując wiele kontrowersji.
– Nie ma wątpliwości, że skala przemocy w ostatnich dwóch, trzech latach się zmniejszyła, choć wielu ludzi, w tym również ja, nie od razu dostrzegło ten proces – mówi Eric Reeves, profesor Smith College, jeden z najbardziej liczących się głosów akademickich w Darfurze. Ale dodał, że ludność cywilna jest wciąż atakowana i "nadal wiele jest gniewu, frustracji i rozpaczy".
Ale niewiele z katastroficznych prognoz z minionych kilku lat się sprawdziło – nie doszło do wielkich ofensyw sudańskiego rządu, których wielu obawiało się w 2006 i 2007 roku, ani do ataków zbrojnych band na obozy uchodźców. Udało się nawet w dużej mierze uniknąć niebezpieczeństwa wybuchu epidemii chorób zakaźnych, którego obawiali się przedstawiciele ONZ po tym, jak rząd Sudanu wydalił z kraju 13 zagranicznych organizacji niosących pomoc humanitarną.
– To były fałszywe alarmy – mówi Augstburger. – Do kolejnych kryzysów nie doszło.
Znacznie lepiej niż oczekiwano radzą sobie też połączone siły pokojowe ONZ i państw afrykańskich. Są najdroższe ze wszystkich obecnie działających na świecie, kosztując 1,6 miliarda dolarów rocznie, a ich powołanie wymagało lat negocjacji. – Owszem, mamy czasem kłopoty – mówi Nyamvumba. – Ale nie jest tak źle, jak się obawiałem.
Wszystko sprowadza się do jednego pytania zadawanego w obozach dla uchodźców i kierowanego do sudańskiego rządu: co teraz? Tymczasowe życie uchodźcy w obozie nabiera trwałego charakteru. Większość mieszkających tu ludzi z trudem znosi swój los. Zatłoczone chaty, oczekiwanie na przydział żywności i bezczynność wywierają coraz silniejsze piętno.
– Żyję w złych warunkach i jestem przygnębiony – mówi Abbas Abdallah Mohamed, rolnik, który uciekł ze swej wioski cztery lata temu, ale jak wielu innych, nie jest gotów zaryzykować powrotu do domu. – Gdybyśmy wrócili, mogłoby się okazać, że wybucha wojna plemienna – podkreśla, wskazując na jeden z najpoważniejszych obecnie problemów w Darfurze, walki o kurczące się pastwiska toczone między różnymi grupami etnicznymi.
Niektórzy mieszkańcy obozów zaczęli podejmować pracę w pobliskich miasteczkach, wyrabiając cegły na sposób biblijny, z mułu i trawy, i budując trwałe domy dla innych, podczas gdy sami żyją w tymczasowych budach skleconych często z patyków i plastikowych toreb. – Jest możliwe, że ci ludzie pozostaną tu na zawsze – mówi Mohamed B. Yonis, przedstawiciel ONZ w Darfurze.
Na rynku w El Fasher sklepikarze w białych czapeczkach modlitewnych siedzą ze skrzyżowanymi nogami za stosami przypraw i daktyli. Młodzi ludzie donośnym głosem wykrzykują ceny wołowiny. Ulice zatłoczone są już nie przez pojazdy opancerzone, ale przez wozy ciągnięte przez konie, wyładowane blokami mydła.
Centrum wydarzeń w Sudanie systematycznie przesuwa się na południe kraju. Rebelianci z południowego Sudanu od dziesięcioleci toczą separatystyczną wojnę, a w przyszłym roku ma się tam odbyć referendum w sprawie niepodległości. Dążenia południa do własnej państwowości nasilają przemoc na tle etnicznym, w rezultacie której w 2009 roku zabito ponad 2000 osób, o wiele więcej niż w Darfurze, twierdzą przedstawiciele ONZ.
Zasadnicza przyczyna obu rebelii, na południu i w Darfurze, jest taka sama: marginalizacja. W Sudanie władza i bogactwo koncentrowały się zawsze w centrum kraju kosztem jego prowincji. Bez rozwiązania tego problemu, mówią analitycy, napięcia w Darfurze nie ustaną, mimo że nie wyrażają się już w masowych mordach lub paleniu wiosek.
Ale promykiem nadziei jest to, że ważną rolę w rozmowach pokojowych po raz pierwszy przyznano starszyźnie, znaczącym duchownym i liderkom ruchu obrony praw kobiet. – Czy będzie to wielki przełom? – pyta Augstburger. – Nie wiem, ale ruchy te przybierają na sile i jest to zupełnie nowe zjawisko.
Jeffrey Gettleman
"The New York Times" za Onet.pl









