Szanowni Państwo z racji trwającego okresu wakacyjnego Instytut Badań nad Cywilizacjami zawiesza organizację imprez kulturowych do października.

Przegląd prasy - Ukraina - kraj zapomniany - "Der Spiegel"
Po raz pierwszy od zrywu narodowego w 2004 roku Ukraińcy będą wybierać nowego prezydenta. Wiktor Juszczenko, przywódca pomarańczowej rewolucji, nie ma już żadnych szans na zwycięstwo. Kraj stoi na progu bankructwa, społeczeństwo jest rozczarowane. Czy rewolta sprzed pięciu lat była jednym wielkim blefem?
Tak nie wygląda żadna kobieta, która – jak sama twierdzi – "w tych dniach ani razu nie położyła się spać przed czwartą rano". Jej policzki błyszczą świeżym rumieńcem, cerę ma gładką, włosy upięte starannie w koronę, i porusza się, jak zawsze, energicznym krokiem. Ale czy jest cokolwiek normalnego w tej kobiecie, która rządzi jednym z największych krajów Europy? Julia Tymoszenko, świeża i ożywiona, zjawia się tego popołudnia, ubrana w jasnobrązową wełnianą sukienkę, a jej spojrzenie wyraża zatroskanie matki całego narodu. Brakuje tylko kłosów zboża przy piersi, które trzyma na plakatach wyborczych wiszących na ulicach Kijowa.
Całkiem możliwe, że wybrała starannie również miejsce swojego występu. Blady marmur i mosiężne żyrandole w ośrodku wypoczynkowym dla działaczy roztaczają jeszcze dawny radziecki blask, ona zaś, nazywana przez naród po prostu Julią, tworzy wyraźny kontrast polityczny z owym otoczeniem. Wrażenie to widz zyskuje, zanim jeszcze pani premier otworzy usta, by wygłosić swą mowę wyborczą.
"Jestem jedną z was! – woła do trzystu studentów, którzy zajęli miejsca w sali konferencyjnej. – Przeforsuję dla was sprawę ulgowych biletów na autobus i metro! A kiedy zostanę prezydentem, będziecie mogli wybrać sobie ministra do spraw młodzieży i sportu".
Tymoszenko jest utalentowaną mówczynią, obiecującą świetlaną przyszłość ubogim i tym, którym nie wiedzie się w życiu, a wszystkim pozostałym dodatkowo uratowanie całej planety. "My, Ukraińcy – mówi swoim dźwięcznym, dziewczęcym głosem – rozwiążemy nie tylko nasze własne problemy, ale pokażemy również światu, jak przezwyciężyć kryzysu. To nasza misja". W czym jej kraj miałby być przykładem dla innych? O tym nic nie wspomina.
17 stycznia Ukraina wybierze swego prezydenta, po raz pierwszy od czasu pomarańczowej rewolucji. Przez długi czas wydawało się, że posada szefa państwa jest już zarezerwowana dla Julii Tymoszenko, ikony tamtego wspaniałego zrywu narodu z grudnia 2004 roku. Przed pięciu laty cały świat obiegły niezapomniane zdjęcia z Kijowa: dym z płonących szczap drewna na reprezentacyjnym bulwarze Chreszczatik, na którym dziesiątki tysięcy ludzi przez całe tygodnie protestowały przeciwko sfałszowaniu listopadowych wyborów, korowody samochodów z włączonym klaksonem w krętych zaułkach centrum miasta. Tłumy na Majdanie, placu Niepodległości, skandujące radośnie "Juszczenko" i "Julia", gdy opozycjoniści w pomarańczowych szalikach w trzeciej turzej wyborów osiągnęli wreszcie zwycięstwo w swojej walce z kandydatem wspieranym przez Moskwę.
Były to obrazy jak z Pragi 1968 roku, Gdańska roku 1980 czy Lipska anno 1989. Rosja była zszokowana, nigdy nie udało jej się przeboleć utraty Ukrainy z jej 46 milionami mieszkańców. Europa natomiast pokładała w tym kraju wielkie nadzieje.
Pięć lat później o Ukrainie niemal zupełnie zapomniano. Dawni zwycięzcy z Majdanu skłócili się na śmierć, instytucje polityczne zostały sparaliżowane. Rząd od roku nie ma większości w parlamencie, nieobsadzone jest stanowisko ministra finansów i szefa resortu obrony, przez długie miesiące nie było również ministra spraw zagranicznych, a państwo stoi na progu bankructwa – utrzymuje się na powierzchni jedynie dzięki zachodnim kredytom.
A co się stało z kolorem pomarańczowym? Nie pojawia się on już w obecnej kampanii wyborczej. Na ulicach widać białe namioty z czerwonym sercem – to przyczółki zwolenników Julii Tymoszenko. Są też namioty błękitne – zbierane są tam podpisy na rzecz byłego premiera Wiktora Janukowycza, człowieka, który w 2004 roku dzięki sfałszowaniu wyników wyborczych omal nie trafił na najwyższe stanowisko w państwie. I są wreszcie kolorowe tablice, gdzie obecny prezydent Wiktor Juszczenko walczy o głosy za pomocą mistrzostw Europy w piłce nożnej, jakie w połowie mają odbyć się na Ukrainie.
Nic nie ilustruje lepiej zastoju w polityce niż walka tych trzech postaci. Od lat tworzą oni pozornie wieczny trójkąt władzy, nazwany przez ukraińskiego pisarza Jurija Andruchowycza "anty-panteonem współczesnych czasów".
Jest więc 55-letni Juszczenko, którego rewolucja wyniosła na czoło państwa. Syn wiejskiego nauczyciela i zbieracza antyków przywrócił Ukraińcom narodową tożsamość, pozostał jednak człowiekiem pozbawionym większych zdolności przywódczych ("Nienawidzę polityki" – powiedział kiedyś). Nie zważając na prawdziwe troski mieszkańców, uczynił z tych wyborów plebiscyt mający rozstrzygnąć, czy jego kraj powinien w większym stopniu zwrócić się w stronę Zachodu. Prawdopodobnie zdobędzie nie więcej niż 5 procent głosów, sondaże mówią bowiem, że 70 procent Ukraińców tęskni za "silnym przywódcą o twardej ręce".
Jest też 49-letnia Tymoszenko, była bizneswoman i polityk z krwi i kości, która ma skłonności do bezwzględnego działania i zdaniem swego rywala, obecnego prezydenta, chce dokonać puczu, by stanąć na czele państwa i wprowadzić rządy prezydenckie. Przed rokiem widziała już siebie na prezydenckim fotelu, ale wybuchł kryzys i nadszarpnął zaufanie narodu do jej umiejętności kierowania krajem. Dochód narodowy spadł o około 14 procent, przeciętna płaca wynosi obecnie – w przeliczeniu – około 160 euro.
Od wielu miesięcy pani premier zajęta jest wyłącznie sprowadzaniem pieniędzy do kraju, aby był on w stanie zapłacić rachunki za rosyjski gaz. Międzynarodowy Fundusz Walutowy wstrzymał wypłatę kredytu w wysokości 16 miliardów dolarów, ponieważ Tymoszenko pomimo ogromnego deficytu budżetowego wprowadziła tuż przed wyborami podwyżkę emerytur i minimalnej płacy. Później z kolei świńska grypa zastopowała kosztowne podróże planowane w związku z kampanią wyborczą.
I jest wreszcie 59-letni Janukowycz, syn metalowca z Donbasu, w młodości skazany za kradzież i uszkodzenie ciała, później kierowca wyścigowy i premier w czasie półautorytarnych rządów Leonida Kuczmy. Opowiada się on za powrotem do "prawa i porządku" i uważa, że cena zapłacona za demokrację pomarańczowej rewolucji była zbyt wysoka. Jego Partia Regionów ma po swojej stronie niemal wszystkich komunistycznych wyborców i sporą część ludności rosyjskojęzycznej. Jest ostoją protestów przeciwko reformom rynkowym i orientacji prozachodniej.
Janukowycz, człowiek pozbawiony charyzmy, musiał tylko odczekać, aż "pomarańczowi" wykończą się nawzajem. W sondażach jest liderem, prowadzi z wynikiem 30 procent głosów, co daje mu przewagę dziesięciu punktów nad Tymoszenko.
Zatem fałszerz wyborów z 2004 roku może zostać kolejnym prezydentem, i to w sposób w pełni demokratyczny. Czy pomarańczowa rewolucja była więc tylko jednym wielkim blefem? Czy Ukraina jest znowu stracona dla Europy?
Sawik Szuster zaprasza swoją milionową publiczność na cowieczorne talk show w przebudowanej fabrycznej hali. Program "Szuster live" emituje ukraińska stacja TRK, jest on ulubionym show, bo pierze prawdziwe brudy. Przeciwnicy nadali mu nazwę "striptiz polityki".
Asystentka Szustera, blondynka o bardzo długich nogach i stylizowanych na piłki futbolowe naramiennikach na czarnej bluzce, oznajmia, że po raz kolejny na Ukrainie gra toczy się o wszystko. "Mistrzostwa Europy w piłce nożnej 2012 to nasza ostatnia szansa pokazania światu, że jesteśmy krajem europejskim" – mówi. Potem sam gwiazdor telewizyjny zaprasza do dyskusji ministra sportu i dwóch działaczy futbolowych, przeciwko którym występują trzej krytycy rządu. Chodzi o korupcję, główne ukraińskie zło. Pod pieczą ministra firma jego byłego zastępcy otrzymała intratne kontrakty na budowę stadionów – informuje Szuster. Minister sportu, młody poplecznik Juszczenki, odrzuca zarzuty, okraszając swe wypowiedzi szczyptą nacjonalizmu. "UEFA chciała nas zmusić, by zlecenia na budowę stadionów dostały firmy niemieckie i inne z zagranicy – mówi. – Ja jednak wolałem, żeby pieniądze ukraińskich podatników poszły do ukraińskich przedsiębiorstw". W studiu rozlega się gorący aplauz.
Wywiązuje się debata, tak otwarta i nieskrępowana, jaką trudno byłoby wyobrazić sobie w większości krajów powstałych z byłych republik radzieckich i jaka nie byłaby możliwa również w dzisiejszej Rosji. Prowadzący mieszkał kiedyś w Moskwie. Tam jednak – jak sam stwierdza – "wciąż jeszcze poszukuje się propagandystów, a nie dziennikarzy". Dlatego właśnie przeniósł się na Ukrainę.
To można zapisać na plus pomarańczowej rewolucji. Od 2005 roku w kraju panuje nie tylko otwarta polityczna rywalizacja, lecz również wolność prasy. Właściwie jest to wolność oligarchów, wiele gazet i stacji telewizyjnych zależy od ich pieniędzy – stwierdza Szuster. TRK na przykład to własność wschodnioukraińskiego magnata stalowego i węglowego Rinata Achmatowa, a miliarder Wiktor Pinczuk, zięć Kuczmy, posiada aż cztery stacje TV. Nowością jest to, że każdy z potentatów medialnych dzieli swoje sympatie polityczne między różne obozy.
Jak ma się w tym kraju kultura, widać w programie nadawanym tego wieczora. Pięcioro z osiemnastu kandydatów pretendujących do prezydenckiego fotela rozmawia z politologami o skandalu tygodnia: prezydent Juszczenko przed kamerami zmył głowę ministrowi spraw wewnętrznych i szefowi tajnych służb. "Wie pan, dlaczego wciąż nie możemy wygrać z korupcją? – powiedział. – Bo pan sam jest do cna skorumpowany!".
Szef resortu spraw wewnętrznych Jurij Łucenko, niegdysiejszy przywódca pomarańczowej rewolucji, siedzi właśnie w studiu. Czy rzeczywiście ma coś na sumieniu, trudno się dowiedzieć, lecz ów szef ponad 350 tysięcy policjantów i urzędników to człowiek, któremu z powodu pijaństwa i chamskiego zachowania na niemieckim lotnisku nie pozwolono w zeszłym roku kontynuować lotu. "Jak więc może służyć pan jako przykład dla naszych urzędników państwowych? Powinien pan ustąpić ze stanowiska" – zażądał jeden z posłów z partii Janukowycza. "A pan? Wiadomo przecież, że bije pan swoją żonę" – odparował natychmiast Łucenko. Owe twierdzenie doprowadziło do bijatyki w studiu.
Problem nowej wolności prasy polega na tym – uważa Szuster – że media tracą na znaczeniu. – Naród może sobie gadać, co chce, ale politycy w ogóle nie słuchają – skarży się telewizyjny gwiazdor.
– My, Ukraińcy nie kochamy samych siebie, nie mamy dla siebie szacunku, już od rana jadamy tradycyjnie słoninę, nie wiedząc nic o tym, że jest szkodliwa. Nie dożyjemy siedemdziesiątki. A wielu z nas wciąż jeszcze nie chce się porządnie pracować.
Słowa te wypowiada Michaił Brodski, ukraiński „król materaców”, łysy pięćdziesięciolatek, po raz kolejny kandydujący na urząd prezydencki. To jeden z drobniejszych przedsiębiorców w tym kraju, który wraz z synem prowadzi tu 200 sklepów i ma własną stronę internetową. Kiedyś miał swój bank, lecz popadł przezeń w tarapaty. Był także właścicielem znanej gazety "Kijowskie Wiadomości", ale wyparli go z niej silniejsi gracze.
Brodski siedzi w należącej do niego cukierni "Kalina", vis-a-vis niegdysiejszej kuźni zbrojeniowej "Arsenal". Skarży się na pomieszanie gospodarki z polityką, które przeszkadza w przeprowadzeniu reform. – Mamy za sobą totalitarne i posttotalitarne rządy, a teraz żyjemy w systemie feudalnej oligarchii – twierdzi. Chciałby, żeby pociągnięto do odpowiedzialności wszystkich, którzy w minionych latach zdobyli ogromne fortuny i nie są w stanie wyjaśnić pochodzenia tych pieniędzy. Milionerami jest podobno 400 z 450 posłów ukraińskiego parlamentu.
– Jestem za tym, by złodziei sprawdzać na wylot – uważa król materaców. Tyle że najgorsi przestępcy uciekli już niestety za granicę. Na przykład były szef koncernu naftowego Neftegas, poszukiwany międzynarodowym listem gończym, ma dziś rosyjski paszport i mieszka w Moskwie. Nic dziwnego, że gospodarka się nie rozwija, skoro inwestorom brakuje poczucia bezpieczeństwa.
Zagranica po pomarańczowej rewolucji aż pięciokrotnie zwiększyła inwestycje bezpośrednie na Ukrainie, w tej chwili jednak ponad 30 miliardów dolarów wywędrowało z powrotem z kraju. Eksport ukraińskich towarów do USA zmniejszył się w zeszłym roku o 90 procent.
Brodski jest żywym przykładem na to, jak szybko wśród ukraińskiej elity zmieniają się barwy polityczne. Kiedyś był człowiekiem Juszczenki i Tymoszenko, dawno jednak odwrócił się od nich, zwłaszcza od pani premier, bo "ściągnęła do swego zespołu dawnych działaczy Kuczmy, handluje miejscami na swoich listach wyborczych i przekupuje sędziów Trybunału Konstytucyjnego".
Założył własną partię, o nazwie Wolni Demokraci, która liczy tysiąc członków. Równie skromnie jak owa liczba wyglądają notowania Brodskiego w sondażach: według stanu na dziś głosować będzie na niego 0,87 procenta Ukraińców. To go jednak wcale nie peszy, to samo było podczas wyborów w 2004 roku. Wtedy oddał swoje głosy Juszczence. A tym razem? Ma umowę z Janukowyczem, czy jednak z Tymoszenko? Brodski śmieje się i nic nie odpowiada.
Iwano-Frankowsk leży w dawnej Galicji. Przez prawie 150 lat był austriackim, a potem polskim miastem o nazwie Stanisławów. Żyło tu wielu Żydów. Dziś nosi imię upamiętniające ukraińskiego pisarza Iwana Franko, ale w miejscu tym, pełnym kościołów i mieszczańskich kamienic, nadal czuje się ducha monarchii austro-węgierskiej. Nigdzie indziej Ukraina nie jest silniej związana z Europą niż tu, u stóp Karpat.
Ze Stanisławowa pochodzi najbardziej znany ukraiński poeta Jurij Andruchowycz. Jest zimny sobotni ranek, 49-letni Andruchowycz ma czerwony nos i pasujące do niego kolorem szalik i wełnianą czapkę. Jest trochę wymięty i zmęczony, poprzedniego wieczora w wypełnionej po brzegi publicznością sali filharmonii niedalekiego Lwowa czytał fragmenty swojej książki "Ostatnie terytorium".
Tytułowe określenie to jego ojczyzna, położona na wschodnim krańcu kontynentu, region, który Europejczycy niemal wymazali już ze swojej pamięci od czasu, gdy również Polska, Węgry i Słowacja wstąpiły do Unii Europejskiej. Tymczasem geograficzny środek Europy leży zaledwie sto kilometrów od Stanisławowa.
Ale to miasto i cała Ukraina są dziś krajem niczyim, leżącym gdzieś między granicą Schengen a imperium rosyjskim, i Andruchowycz, który Berlin czy Wiedeń zna niemal równie dobrze jak swoje rodzinne miasto, każdym napisanym wersem broni się przeciwko zapomnieniu o jego ojczyźnie. Nie jest mu łatwo, Ukraina w takim stanie, w jakim jest dzisiaj, "nie wnosi do Europy niczego dobrego – mówi. – Straciliśmy swoją szansę".
Również on walczył w 2004 roku o zwycięstwo pomarańczowej rewolucji. Dziś uważa Juszczenkę za notorycznego ugodowca, po Janukowyczu nie spodziewał się niczego ani wtedy, ani teraz, największym jednak rozczarowaniem jest dla niego Tymoszenko. – To aktorka, ale kiepska – stwierdza. – Jakim cudem odniosła tak ogromny sukces? Jest wielką populistką, stale obiecuje, że znowu da coś ludziom.
Tak, uzyskanie w 1991 roku niepodległości i zwycięstwo wyborcze Juszczenki w roku 2004 to były dla niego "polityczne cuda". Ale nie wolno zapominać, że pięć lat temu szanse były w zasadzie fifty-fifty, a w decydującej turze wyborów Juszczenko zdobył niewiele ponad 50 procent głosów. To była jedynie połowiczna rewolucja, a teraz z kolei przewagę uzyskuje obóz przeciwnika. – Znów znaleźliśmy się w połowie lat dziewięćdziesiątych, zaraz nastanie nowy Kuczma. Nic dziwnego, że Zachód nam nie ufa – zauważa Andruchowycz.
Nie mówi tego z goryczą, to wesoły, ujmujący człowiek. Być może to wszystko było potrzebne. – Jeśli Janukowycz wygra, niewykluczone, że ludzie odzyskają świadomość, jaką wartością jest wolność – zastanawia się poeta.
Stanisławów alias Iwano-Frankowsk to miejsce, któremu pomarańczowa rewolucja wyszła na dobre. Centrum miasta zostało starannie odnowione, kolegium jezuickie, katedra, synagoga, ratusz oraz większość secesyjnych willi w alei Lipowej jest w bardzo dobrym stanie, od 2004 roku wiele się tu buduje. Jeśli chodzi o jakość życia, to 200-tysięczne miasto zajmuje jedno z pierwszych miejsc w kraju. Ale od czasu gdy Ukraina wpadła w tak potężny wir kryzysu jak żadne inne państwo w Europie, również tu dźwigi stoją bez ruchu.
Andruchowycz mimo to jest pełen nadziei. Pomarańczowa rewolucja przyniosła coś, czego nie da się już cofnąć: granica, przynajmniej ta zachodnia, jest już otwarta, wskaźnik urodzeń rośnie, a przede wszystkim kraj uzyskał swego rodzaju definicję. Postsowiecka szarość, wygolone głowy, dresy – wszystko to jest już w odwrocie, trzyma się jeszcze tylko rosyjski pop. – Ukraina odkryła na nowo swoją indywidualność – mówi poeta..
Rzeczy najbardziej może zaskakującej doświadczył niedawno w Doniecku, górniczym mieście na wschodzie kraju, równie obcym dla mieszkańców zachodniej Ukrainy, jak Szanghaj czy Kair. To kraj Janukowycza, twierdza Rosjan. Andruchowycz wybrał się tam wraz z grupą rockową „Martwy Kogut”, prezentowali jej nowy album "Made in Ukraine" z piosenkami, których wartość polega głównie na tekstach – jedną z nich śpiewa on sam.
Klub był pełen młodych ludzi, jego rosyjskojęzycznych fanów, znających na pamięć napisane przez niego wiersze. Czyż może być coś piękniejszego dla poety? – Ukraina żyje – stwierdza z nadzieją Andruchowycz.
Christian Neef, Matthias Schepp
"Der Spiegel" za Onet.pl









