Szanowni Państwo z racji trwającego okresu wakacyjnego Instytut Badań nad Cywilizacjami zawiesza organizację imprez kulturowych do października.

2008-03-04 10:10:00
Newsweek - Plemiona epoki globalizmu (publicystyka)
Która tendencja zwycięży w Świecie? Rozbudzanie nacjonalizmów czy ich wygaszanie? A może naszą przyszłością okaże się społeczność planetarna w amerykańskiej Europie?
Każde znaczące wydarzenie na świecie czy raczej seria wydarzeń, zwykle niepokojących i krwawych, skłaniają nas do układania intelektualnych puzzli, które pomogłyby zrozumieć sens tego, co tworzy historię i teraźniejszość. Nie do końca jesteśmy pewni, czy u podłoża owych wydarzeń jest pewna prawidłowość albo jakaś logika dziejowa, ale bez próby zarzucenia intelektualnej sieci na dziejący się świat zostaje nam tylko wrażenie chaosu, co utrudnia podejmowanie decyzji o dalekosiężnych skutkach.
Mamy więc niedokończoną dyskusję o zderzeniu między cywilizacjami, zainicjowaną ongiś przez Samuela Huntingtona, ale też jesteśmy świadkami wydarzeń, które każą nam myśleć raczej o fenomenie kolejnych pęknięć wewnątrz poszczególnych cywilizacji. Zastanawiamy się nad sensem uniwersalizmu praw człowieka, ale widzimy, że wolność wyznania i wolność słowa są zupełnie inaczej interpretowane poza granicami świata Zachodu. Wierzymy, że demokracja - mimo swych wad - jest i tak najbardziej wartościowym systemem politycznym, ale dostrzegamy również i to, że państwa dalekie od demokracji odnoszą znaczące sukcesy gospodarcze, polityczne i, by tak rzec, kulturowe.
Dziwić to w żadnej mierze nie powinno, jako że nadal żyjemy w epoce ogromnych sprzeczności, co utrudnia proces zrozumienia, a zatem i opisania dzisiejszego świata. Z jednej strony wcale nie odchodzi w przeszłość, jak nam jeszcze niedawno przepowiadano, era nacjonalizmów i trybalizmów, czyli narodowych, regionalnych bądź plemiennych sentymentów, z drugiej - nabrzmiewa coraz bardziej problem współczesnej złożonej tożsamości człowieka zawieszonego na pograniczu kilku kultur, religii i języków. Inaczej, rzecz jasna, wygląda ów fenomen na Starym Kontynencie, inaczej na Bliskim Wschodzie czy na północy Afryki.
Naród, państwo, konflikt
Walonowie i Flamandowie używają coraz bardziej twardego języka narodowych interesów, potwierdzając tym samym obawy i polityczne przepowiednie o rozpadzie wielojęzycznej Belgii. Bogata Katalonia dystansuje się stopniowo i dość skutecznie od reszty Hiszpanii, symbolicznie przynależność narodową w sieci oznaczając już "cat" (czyli niezależna Catalunya), a nie jak dawniej "es" (czyli Espana). Kosowo wybija się z bólem na niepodległość, odrzucając kontrolę zarówno Belgradu, jak i Tirany. O samodzielnym państwie coraz częściej mówią Szkoci i Walijczycy, co w perspektywie oznaczałoby koniec Wielkiej Brytanii w obecnym jej kształcie.
Oczywiście to tylko pojedyncze sygnały poważniejszych zmian w samej Europie, gdzie procesy "narodowego (trybalnego?) odrodzenia" nie są tak gwałtowne, jak gdzie indziej w świecie. Na przykład Kurdowie ustanowili faktycznie samodzielne państwo na północy Iraku, inspirując tym samym do działania swoich współbraci w sąsiedniej Turcji, gdzie do niedawna nie wolno było nawet mówić po kurdyjsku. W Pakistanie północno-zachodnia część kraju, gdzie dominują Pusztuni, powoli wymyka się spod kontroli Islamabadu, co działa na wyobraźnię Pusztunów afgańskich. W Nepalu poszczególne grupy etniczne zaczynają mówić o coraz większej autonomii, i to akurat w momencie, gdy kończy się epoka monarchii, a na horyzoncie widać coraz wyraźniej ideę republiki. Na scenę polityczną powracają też stare i dobrze znane koncepcje przynależności plemiennej oraz klanowej, dające poczucie bezpieczeństwa i będące gwarantem solidarności grupowej. Najlepiej widać to w Iraku, ale przecież to samo zjawisko nieobce jest społecznościom afrykańskim.
Formalne granice państw i państwowotwórcza ideologia niekoniecznie są już wystarczającym klejem psychologicznym, który zapobiegałby procesom rozpadu, a następnie anarchii i chaosowi. W globalnym świecie współczesne państwo, uwikłane w sieć rozmaitych struktur ponadnarodowych, ma poważny kłopot w określeniu, czym naprawdę jest obecnie i czym będzie w najbliższych dekadach XXI wieku. Czy ma być bardziej, czy mniej zdecentralizowane? Czy ma zapewniać swoim obywatelom poczucie silnej tożsamości narodowej bądź religijnej, czy raczej ma być neutralne z powodu wieloetniczności i wielości religii na swym terytorium? Czy coraz mocniejsze, czy coraz słabsze, a to chociażby z powodu rosnącej roli prywatnych armii, ideowych grup paramilitarnych lub organizacji terrorystycznych, operujących już niezależnie od linii granicznych? Czy mające nadal wpływ na wewnętrzne procesy ekonomiczne, czy tracące jakąkolwiek kontrolę na rzecz globalnych i nie zawsze przewidywalnych rynków finansowych? Czy oddające coraz więcej własnej suwerenności instytucjom międzynarodowym, czy może próbujące odzyskać to, co już poświęcone społeczności globalnej? Rzecz jasna te same pytania będą miały inne odpowiedzi w różnych częściach globu, chociaż pewne wspólne tendencje można będzie chyba zauważyć w odległych od siebie punktach geograficznych.
Zabójcze tożsamości
Zjawisko nieustannej rekonstrukcji idei państwa idzie w parze z innym zjawiskiem, mianowicie z koncepcją płynnej tożsamości człowieka, który będzie zawsze starał się zakorzenić i swoje zakorzenienie jakoś uzasadnić. Dość ciekawie przedstawił ów fenomen pewien obywatel Wielkiej Brytanii podczas konferencji organizowanej w Krakowie. "Mój ojciec - wyjaśniał zebranym - uważał się przede wszystkim za Brytyjczyka, nie zważając na to, że cała nasza rodzina pochodzi z Walii. Ja z kolei uważam się za Walijczyka, ale też i za Europejczyka - to moja druga tożsamość. Moja córka natomiast uznaje siebie wyłącznie za Walijkę".
Jeszcze bardziej złożonym przykładem nowej tożsamości europejskiej jest filozof, dziennikarz i pisarz Pierre Hassner. Sam o sobie mówi: "Rumun o francuskim wykształceniu, Francuz rumuńskiego pochodzenia, Żyd wychowany w religii katolickiej, wykładający ponadto na amerykańskim uniwersytecie we Włoszech". W świecie coraz bardziej skomplikowanym, gdzie tożsamości etniczne, kulturowe, językowe i religijne nakładają się na siebie, przenikają wzajemnie i kształtują osobowość, nie jest łatwo dokonywać wyborów, a tym bardziej redukcji niektórych elementów własnej tożsamości. Pisze o tym Amin Maalouf w książce "Zabójcze tożsamości": "Ileż to razy, odkąd w 1976 roku opuściłem Liban, aby zamieszkać we Francji, zapytywano mnie, i to w najlepszych intencjach, czy czuję się raczej Francuzem, czy też raczej Libańczykiem. Niezmiennie odpowiadam: I jednym, i drugim. (...) To, co powoduje, iż jestem sobą i nikim innym, to fakt, że pochodzę z pogranicza dwóch państw, dwóch czy trzech języków, kilku kultur. Czy byłbym bardziej szczery, gdybym amputował część siebie samego?".
Niewykluczone zatem, że stopniowo zbliżamy się do punktu docelowego, czyli tego, co Ryszard Kapuściński określił jako "społeczność planetarną", chyba najlepiej reprezentowaną wśród mieszkańców Los Angeles, gdzie coraz trudniej o jednoznaczne określenia w stylu biały, czarny, Latynos czy żółty. Chęć znalezienia własnej tożsamości-przynależności, czyli tego, co Amerykanie nazywają the sense of belonging, sprawia jednakże, że tworzy się nową jakość etniczną. W specjalnie wydanym albumie fotograficznym "Part Asian. 100% Hapa" Kip Fulbeck i Sean Lennon przedstawiają wzorcowe postacie owej społeczności planetarnej - tym razem określających się właśnie jako "Hapa". Na zdjęciu pojawia się ciemna brunetka o jasnej karnacji skóry, azjatyckim kształcie nosa, która mówi o sobie, że jest mieszanką elementów tajskich, indyjskich, szkockich i litewskich. Albo chłopczyk o blond włosach, jasnej cerze i skośnych czarnych oczach. Jego korzenie są w Chinach, Norwegii i w Niemczech. Setki fotografii i setki wyznań o sobie, o sposobach szukania własnej tożsamości, o próbach odpowiedzi na pytanie: kim jestem lub czego jestem częścią?
Czy to tylko nowa jakość, by tak rzec, estetyczna i psychologiczna? Czy może część znacznie poważniejszego zjawiska? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, Samuel Huntington kreśli dość ponurą wizję Ameryki w swojej książce pod znamiennym tytułem "Kim jesteśmy?". Potężny proces migracji, mieszania się ras, języków i religii ma dalekosiężne konsekwencje. Rzecz dotyczy zjawiska kultury, albowiem migrujące społeczności przynoszą ze sobą własne przekonania, wiarę, stosunek do prawa, wizję solidarności narodowej, plemiennej czy religijnej. W nowym środowisku mogą znacznie zmieniać swoje przekonania, ale zarazem modyfikować miejscową kulturę. Niby to nic nowego w historii, problem tkwi jednakże, jak zauważa Huntington, w skali całego przedsięwzięcia. W tym, co nazwalibyśmy możliwością kulturowego trawienia, czyli oferowanymi szansami adaptacji przybyszów i ich potomków w nowym społeczeństwie. Ogromna migracja z Ameryki Łacińskiej faktycznie zmienia oblicze Stanów Zjednoczonych. Dotychczasowe, czyli z dominacją tradycji anglosaskiej w jej wymiarze językowym, religijnym, prawnym, obyczajowym i społecznym, ustępuje stopniowo kulturze latynoskiej, do tego katolickiej i hiszpańskojęzycznej, z innym podejściem do kwestii społecznych czy narodowych. Niewykluczone zatem, obawia się Huntington, że wkrótce Ameryka będzie innym państwem. O innej strukturze i o innych zasadach. I nie chodzi tutaj wyłącznie o drugorzędne kwestie rasowe, a raczej o odmienną filozofię życia, odmienne jakoby rozumienie prawa i polityki.
Może to oznaczać, chociaż nie jest to wyrażone wprost, początek zmierzchu potęgi państwa, które stanie się
wybuchowym zlepkiem różnych grup kulturowych, coraz mniej mających ze sobą wspólnego.
USA to Europa za 30 lat
Kontrowersyjne tezy Huntingtona przyjmują uniwersalistyczną treść, jeżeli przyjmiemy z kolei za pewnik słowa francuskiego pisarza i dziennikarza Guy Sormana, znakomitego obserwatora współczesnego świata, komentatora tego, co dzieje się w USA, Chinach czy krajach arabskich. Sorman stawia tezę, że procesy zachodzące w Stanach to zapowiedź podobnych
zjawisk w Europie, które pojawią się z poślizgiem czasowym 30-40 lat. Innymi
słowy: Europa, chociaż nie zawsze chce się do tego przyznać, ciągle podąża szlakiem wyznaczonym przez jej młodszą kulturowo siostrę - Amerykę. Naturalnie chodzi raczej o ogólne tendencje, albowiem
w setkach szczegółów różnice są bardzo wyraźne.
Fenomen stopniowej reinterpretacji idei państwa, który towarzyszy coraz gwałtowniejszym zjawiskom odżywania sentymentów narodowych, plemiennych,
regionalnych, może całkowicie zmienić oblicze Starego Kontynentu, i to w najbliższych latach. Tak samo pojawia się tutaj kwestia imigracji, tyle że z innych regionów świata, głównie z państw muzułmańskich. Proces integracji, między innymi poprzez proces tworzenia nowej tożsamości, jest dość powolny i nie zawsze kończy się sukcesem. Poza tym nowe grupy imigrantów są też świadkami wspomnianego już zjawiska wewnętrznych pęknięć w starej Europie, co inspiruje do głoszenia haseł o własnej niezależności kulturowej, a w przyszłości może i politycznej. Droga do owej społeczności planetarnej, niekoniecznie przez Europejczyków pożądanej, jest zatem wyboista i niepewna, ale chyba nieunikniona. Bo strach przed kulturową transformacją kontynentu na modłę amerykańską idzie w parze z obawami o pozycję Europy w globalnym świecie, gdzie dotychczasowe mocarstwa Zachodu muszą ustępować coraz więcej miejsca Chinom, Indiom czy szerzej: nowym graczom ze strefy Pacyfiku.
Tendencje demograficzne w Europie każą myśleć o ściąganiu nowych fal wykształconych przybyszów z innych kontynentów, to zaś ostatecznie może doprowadzić zarówno do rozmywania dotychczasowych tożsamości narodowych, jak i do coraz większego akcentowania różnic wewnątrz poszczególnych państw, gdzie odsetek rozmaitych mniejszości kulturowych i językowych jest znaczny. Wewnętrzne pęknięcia w Europie i obawy o jej pozycję w świecie mogą również przyczynić się do narastającej fobii przed obcymi (muzułmanami, Chińczykami, Afrykanami etc.), którzy będą postrzegani jako zagrożenie. Albo do sformułowania zupełnie nowej polityki tożsamości europejskiej, dzięki
której niemal wszyscy starzy i nowi Europejczycy poczują się wartościowymi członkami jednej społeczności, zdolnymi do stawienia czoła globalnym wyzwaniom. A więc najpierw Europejczyk (niezależnie od koloru skóry), następnie członek tego lub innego narodu, wreszcie wyznawca europejskiego chrześcijaństwa, islamu czy nawet hinduizmu.
Europa oskarżana o moralną dekadencję, demograficzną niemoc i przesocjalizowanie struktur państwa trwa nadal. Jakaś wewnętrzna energia i moc ciągłych innowacji odzywała się raz po raz u Europejczyków, którzy potrafili zaskoczyć nawet samych siebie. Oczywiście zawsze istniało niebezpieczeństwo, że próby rozwiązywania problemów szły nie do końca w tę stronę, jakiej należałoby oczekiwać.
Błąd czy wina
Znakomity znawca islamu, Bernard Lewis, poczynił kiedyś niezwykle trafne spostrzeżenie: Kiedy ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że coś idzie nie do końca po ich myśli, mogą zadać sobie dwojakie pytanie: gdzie popełniliśmy błąd albo kto nam to zrobił? Drugie pytanie nawiązuje do teorii spiskowej i jest oznaką paranoi. Natomiast pierwsze pociąga za sobą zupełnie odmienny tok rozumowania: w jaki sposób możemy temu zaradzić?
Jak przypomina historyk David Landes, w drugiej połowie XX wieku niemała część Ameryki Łacińskiej i niektóre kraje muzułmańskie wybrały teorię spiskową, skupiając się na mało twórczym zagadnieniu "kto nam to zrobił". Podobnie postępowały Niemcy po I wojnie światowej, odwołując się do opowieści o zdradzie i dyktacie Wersalu. Podobnie postępuje też dzisiaj Rosja, karmiąc się sformułowaniami, że wbito jej nóż w plecy i że wszystkiemu są winni obcoplemieńcy. Z kolei w drugiej połowie XIX wieku i po II wojnie światowej Japonia zadała sobie dwukrotnie to samo pytanie: w jaki sposób możemy temu zaradzić, i zbudowała potężne, sprawnie działające państwo, niemal wzór dla innych krajów szukających sposobów skutecznej modernizacji. Za nią podążyły Korea i Tajwan, a w kolejce ustawili się już następni. Słowem, historia udzieliła nam odpowiedzi na obydwa pytania. Problem naturalnie w tym, co wybierze ostatecznie Europa: czy po raz kolejny poszczególne jej części składowe skupią się na mało twórczym procesie poszukiwania wewnętrznego wroga, czy raczej nastąpi proces redefinicji funkcji państwa i stworzenia możliwej do przyjęcia wspólnej tożsamości kontynentalnej. Albo skazujemy się na egzystencję w dość wygodnym (na razie), ale położonym (coraz bardziej) na globalnych peryferiach domu starców pod nazwą Europa, albo wspólnie próbujemy stawić czoło azjatyckim potęgom, które liczą na coraz lepsze miejsce na światowej szachownicy.
Piotr Kłodkowski
Prof. dr hab. Piotr Kłodkowski orientalista i politolog, profesor Wyższej Szkoły Infor- matyki i Zarządzania w Rzeszowie. Autor wielu książek i publikacji, m.in. "O pęknięciu wewnątrz cywilizacji" i "Doskonały smak Orientu".









