Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

Zakupy z tysiąca i jednej nocy
O piątej po południu wybija godzina księżniczek. To dla nich przygrywa pianista w holu wiedeńskiego "Grand Hotelu", pełnego marmurów i sztukaterii. Jak przystało na pięciogwiazdkowy hotel, boye hotelowi w dyskretnej gotowości czekają na przybycie nowych klientów.
Eid Hafez zapadł w głęboki fotel i też czeka. Do jego uszu dochodzi szum jadącej windy i przytłumiony dźwięk dzwonka. Z windy wychodzi Arabka. Hafez podnosi na chwilę wzrok i znowu ogarnia go błogi spokój. Jego księżniczka jeszcze się nie pojawiła.
Na wizytówce Hafeza widnieje napis: "kompleksowa obsługa gości arabskich". Przewodnik jest Egipcjaninem z pochodzenia, dobrze więc zna obowiązujące zasady. A te brzmią następująco: nigdy nie patrz kobiecie prosto w oczy. Po zamknięciu samochodu nie obchodź go z przodu, lecz od tyłu. Nie ustalaj żadnych spotkań przed czwartą po południu, za wyjątkiem wizyty u lekarza. Rezerwuj pokoje w hotelach, z których można dojść pieszo do pasaży handlowych. Dobry kierowca nigdy nie hamuje gwałtownie, ale łagodnie zwalnia bieg. Można palić papierosy, jeśli ma się przy sobie gumę miętową.
Mini-bar i krzyże zakazane
Przez sześć tygodni Eid Hafez podróżował z członkami katarskiej rodziny królewskiej Al-Thani. Znają się od wielu lat. Tym razem odwiedzili Genewę, Zurych, Baden-Baden, Monachium i Wiedeń. Hafez niczym cień nie odstępował ich na krok. Mieszkał z nimi w hotelu, nosił siatki z zakupami, rezerwował prywatny samolot przewożący gości z miasta do miasta i załatwiał ciężarówkę do transportu 135 walizek. Z Genewy wysłał do Kataru 44 kufry wypełnione zakupami. Dla księżniczek wystarał się, za grube tysiące euro, o takie same numery komórek, zarezerwowane wyłącznie dla VIP-ów. Wszystko po to, aby przyjaciele z Doha mogli dodzwonić się bez problemu.
Wspólnie podróżowanie dobiegło końca. Pierwszego dnia ramadanu, muzułmańskiego najświętszego miesiąca postu, arabscy goście udają się w podróż powrotną. Zmienia się wiedeńska ulica. Znikają chusty, powłóczyste szaty, turyści wydający codziennie po pięć tysięcy euro, kobiety objuczone siatkami od Armaniego i Gucciego... Przybysze z Bliskiego Wschodu nie chcą świętować ramadanu na obczyźnie. A Hafez przyzwyczaił się już do poziomu życia, o którym w domu może tylko pomarzyć. – Potrzebuję potem tygodnia, żeby ochłonąć i zacząć robić zakupy w Aldim – stwierdza ze śmiechem. Lubi takie żarty.
Znowu zadzwonił dzwonek windy. Ze środka wychodzi księżniczka Mona Al-Thani. Kroczy po marmurowej podłodze w towarzystwie gromady pokojówek, sióstr przyrodnich, ochroniarza i kierowcy. Nagle w holu robi się tłoczno, a księżniczka spokojnie przysiada się do Eida Hafeza, jak gdyby całe zamieszanie w ogóle jej nie dotyczyło. Wokół niej unosi się zapach drogich perfum (800 euro za flakonik), księżniczka skubie brzeg chusty i opowiada o pobycie w Paryżu, który wydał się jej zbyt brudny, i o Londynie, gdzie jej rodzina ma zamek. – Nasz zamek w Londynie – mówi. Jak na jej gust miasto jest zbytnio zatłoczone i niebezpieczne. Za to z zachwytem opowiada o Monachium. Kocha stolicę Bawarii, bo jest czysta, spokojna, a niedaleko są góry i Legoland.
Monachium sporo zarobiło w wyniku zamachu na World Trade Center w 2001 roku i w Londynie cztery lata później. "Goście z krajów arabskich położonych nad Zatoką Perską", jak określają ich statystyki, unikają niebezpieczeństwa podczas podróży zagranicznych. Dzięki temu odkryli to sielankowe miasto. W Monachium nie ma wiele biedy czy zawiści, a ze strony garstki naturystów w Ogrodzie Angielskim nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. W biurze informacji turystycznej pracownicy z radością prezentują statystyki: 253 tys. noclegów w 2007 roku. To przyrost o 38 procent. Po prostu marzenie.
Mona Al-Thani nie zna tych liczb, a jedynie Maxmilianstraße, ulicę najelegantszych sklepów i i najdroższych zakupów, oraz szpital Alpha-Klinik. Od kiedy sięga pamięcią, rodzina chroniła się w Europie przed upalnym katarskim latem. Od lipca do września brali we władanie całe piętra w najlepszych hotelach europejskich. Matka zajmowała środkowe suity z dwiema sypialniami, pokojem stołowym i salonem. Obok sadowiły się córki, wnuki i pokojówki. Niższe kondygnacje zajmowali mężczyźni i służba – ochroniarze, kucharz i herbaciarz, przygotowywujący trzy razy dziennie herbatę oraz zieloną kawę.
Tak się mają sprawy, kiedy klan Al-Thani wybiera się w podróż. Cały czas przebywają razem, jak jedna wielka rodzina. Lubią wspólnie plotkować, oglądać tureckie komedie, jeść, chodzić do lekarzy, robić zakupy. Tapety w kolejnych pokojach hotelowych zmieniają się jak w kalejdoskopie, jedne są zielone, inne żółte, jedne apartamenty mają 220 metrów, inne ponad pięćset. Ale zawsze, niezależnie od tego, gdzie akurat przebywa klan, o pierwszej po południu wszyscy jedzą razem śniadanie, a z mini-barów znika alkohol i zablokowane zostają programy płatnej telewizji.
Hotele dostosowują się do rytmu życia gości znad Zatoki Perskiej, którzy zamieniają dzień w noc, a noc w dzień. Makram Rezgani pracuje w monachijskim hotelu "Park Hilton" i opiekuje się arabskimi gośćmi. Kiedy zbliża się "arabski sezon", życie zostaje przewrócone do góry nogami. W lipcu i sierpniu służba dyżuruje całą noc, a z pokoi usuwa się Biblie i krzyże. W hotelowym pawilonie służba rozbija namiot beduiński i przygotowuje fajki wodne. Pokojówki pracują do 23.00. W recepcji każdy zna arabskie pozdrowienia i kierunek, w którym należy zwrócić się w czasie modlitwy. (...)
Własny kucharz i meble
Ramadan poza domem? Książę Khaled Saud Alkabir al Saud potrząsa przecząco głową. Siedzi w towarzystwie trzech synów w namiocie rozbitym przed "City Hilton" w Monachium i pyka fajkę wodną. Jest Saudyjczykiem, ale nie fanatykiem religijnym. Często nosi dżinsy i kurtkę. Znacznie pobożniejszy jest jego najstarszy syn. Ale świętować ramadan w Monachium? Przecież wtedy całe życie toczy się nocą. Jak to robić w krajach, gdzie sklepy otwarte są tylko do dwudziestej i nie ma zwyczaju jadać po północy? Książę uśmiecha się, a synowie opowiadają o niedawnym pobycie w Lipsku i w Pradze. – W Pradze jest niebezpiecznie, bo w nocy zamyka się drzwi wejściowe. I to w pięciogwiazdkowym hotelu – stwierdza jeden z nich. – Widzi pani – dodaje ojciec. – W Monachium coś takiego jest nie do pomyślenia. (...)
Księżniczka Mona Al-Thani sączy cappuccino. Wokół niej krążą inne księżniczki, pokojówki, kierowca. Monachium poznała podczas podróży poślubnej. Lubi tutejsze przytulne hotele, ludzi, początkowo trochę nieufnych, którzy już przywykli do odpowiadania na pytania zadawane po angielsku. Lubi park i szpitale – w przeciwieństwie do klinik w Londynie, którym zależy tylko na tym, by zedrzeć z pacjentów jak najwięcej pieniędzy. Lubi soczystą zieleń przyrody, tak inną od wydm piaskowych w jej ojczyźnie, kiedy znudzona zakupami w Doha pędzi jeepem po pustyni. Lubi okoliczne jeziora i kolejkę linową w Garmisch-Partenkirchen, wożącą tylko ją, do woli, tam i z powrotem. Mona Al-Thani nie przywykła do dzielenia się przestrzenią z obcymi ludźmi. Na świecie jest tak mało rzeczy, których nie można dostać za pieniądze. (...)
– To przeuroczy goście, mili i towarzyscy. Mimo różnych specjalnych życzeń, jakie mają – stwierdza Innegrit Volkhardt, szefowa hotelu "Bayerischer Hof" w Monachium. Wielu gości z Bliskiego Wschodu przyjeżdża z własnym kucharzem, dla którego hotel wstawia dodatkową kuchnię. Inni przybywają z ulubionymi samochodami i meblami – fotelami, łóżkami. Po ich odjeździe w apartamencie nic nie stoi na dawnym miejscu. Niedawno w karcie "Bayerischer Hof" pojawiła się nawet pizza. – Kartony z pizzą na wynos w pięciogwiazdkowym hotelu? To nie wypada – uważa pani Volkhardt.
– Najbardziej ze wszystkich miast w Europie lubię Monachium – zapewnia księżniczka Mona Al-Thani. Ponieważ znajduje się akurat w Wiedniu, mówi również kilka ciepłych słów o Mozarcie. Potem zagląda na chwilę do swego pokoju, do trzyletniego synka, męża i pokojówki.(...)
Przez obrotowe drzwi wpływa do hotelu matka, a za nią książę, obwieszony pakunkami. Matka nosi tradycyjną abaję, długą, czarną szatę kobiet z Kataru. Jest opatulona od szyi po kostki stóp. Twarz skrywa pod skórzaną siateczką. Córki noszą jasne, obcisłe szaty i przynajmniej tu, w Europie chodzą z odsłoniętymi twarzami. W Katarze wiele się zmieniło. Dziewczęta i chłopcy uczą się w koedukacyjnych klasach, od 1996 roku kobietom (za wyjątkiem księżniczek) wolno prowadzić auta. Matka jednak jest osobą konserwatywną. Dla niej to nic niezwykłego, kiedy wokół dzieją się rzeczy, z których jest wyłączona. Dobrze to zna. Z uśmiechem pozdrawia wszystkich dookoła. Potem znika na górze, a razem z nią książę z pakunkami. Eid Hafez opowiada, jak pewnego razu jechał samochodem z księżną i księżniczkami. Jakiś nieznajomy gapił się na pozasłaniane kobiety, aż matka zwróciła się do niego: "Nie patrz tak ponuro, bo jeszcze ci się przyśnimy".
Znów rozlega się dzwonek windy i w holu pojawia się księżniczka Toor Al-Thani, piękna, szczupła 31-letnia kobieta w czarnej chuście na głowie. Usta pociągnięte ma czerwoną szminką. Uśmiecha się, kiedy pianista zaczyna grać jej ulubioną piosenkę z filmu "Titanic". Księżniczka dokonała wielu spostrzeżeń podczas podróży po Europie. W Genewie jest za dużo psów, których się boi. W Wiedniu za dużo żebraków, którzy napawają ją smutkiem. Potem opowiada o swojej operacji zmniejszenia żołądka – kiedyś była zupełnie inną kobietą, strasznie grubą, zupełnie jak jej młodsza siostra. Mała, pucołowata siostra wykrzywia twarz w uśmiechu. Ona również ma zmniejszony żołądek, choć na razie jeszcze nie widać efektów. – Samemu też trzeba coś zrobić w tym kierunku – stwierdza Toor i wyrusza na miasto. Jest godzina 19.30, rozpoczyna się nowy dzień. (...)
Miasto ludzi bez głów
Tylne drzwi hotelu wychodzą prosto na pasaż handlowy. Niektóre sklepy są już zamknięte. Księżniczka opowiada, że gdyby mogła mieć jakieś życzenia, pragnęłaby księgarni z magazynami po arabsku i wydłużenia pracy sklepów. Potem idzie w stronę deptaka. Po drodze spotyka siostry z pakunkami pod pachą, idzie dalej, spotyka dalekich krewnych, o których istnieniu nie miała pojęcia, gawędzą chwilę i rusza dalej. W sklepie z pamiątkami kupuje puzderko, talerz i filiżanki z wizerunkiem cesarzowej Elżbiety, zwanej Sisi. Potem płaci 70 euro i oddaje siatki do niesienia.
Przed katedrą św. Stefana robi sobie zdjęcie, potem jedzie dorożką przez wiedeńską noc. Muzea nie cieszą się dużym powodzeniem u gości z Bliskiego Wschodu. Wolą zakupy, szukają świecidełek, błyskotek, złota. Przedmioty te są drogie, ale oni potrafią się targować. Panowie czasami kupują auto ulubionej marki – Porsche lub Ferrari. Jednym słowem, drobiazgi. Podczas jazdy Eid Hafez do spółki z dorożkarzem próbują zapoznać księżniczkę z kilkoma wydarzeniami historycznymi. Po lewej stronie znajduje się najstarsza zawodowa straż pożarna na świecie, po prawej "Café Central", po lewej pomnik arcyksięcia Karola, po prawej balkon, na którym Hitler ogłosił przyłączenie Austrii do III Rzeszy. Nagle dzwoni telefon i Toor rozpoczyna pogawędkę. W pobliżu Hofburgu dopytuje się o malarza, no, tego od domu. – Hundertwasser? Toor przytakuje. Przy muzeum Sisi znowi siega po telefon.
Księżniczki, Samira, ochroniarze, kierowcy, wszyscy członkowie rodziny mogą wydzwonić do pięciuset dolarów dziennie. Nic dziwnego, że co chwila brzęczy jakiś telefon. – Jak ci się podoba Wiedeń? – pyta księżniczka swoją pokojówkę Samirę, kiedy skończyła rozmawiać przez telefon. Samira pracuje dla niej od siedmiu miesięcy. Pochodzi z Bahrajnu, ma czworo dzieci i jest rozwódką. Jeszcze nigdy nie była w Europie. – Tu jest przepięknie – odpowiada pokojówka. Księżniczka uśmiecha się. Dorożkarz klnie pod nosem, bo koń się znarowił. Na widok banknotu o wartości dwustu euro woźnicy wraca dobry humor.
O jedenastej wieczorem Eid Hafez wiezie wypożyczonym samochodem (600 euro dziennie) dwie księżniczki i Samirę na Prater. Dziewczęta nucą arabskie piosenki Mohammeda Abdu, saudyjskiego gwiazdora, który śpiewał na weselu księżniczki Mony. W salonie gier spotykają resztę krewnych: księżniczkę Ghalię i Danę w towarzystwie mężów, ochroniarzy i dzieci, w sumie 13 osób. Jadą kolejką wodną i kolejką strachu. Pokojówka krzyczy i wznosi modły do Allaha. Jeszcze nigdy nie jechała takimi maszynami, nie widziała strasznych szkieletów wiszących w ciemności. Wrzeszczy jak opętana i dzwoni do syna Bahraina. Chrypi do telefonu, księżniczki chichoczą, ciągnąc ją do następnej kolejki. Samira wciąż wisi na telefonie – jej syn dowie się, że Wiedeń to miejsce, w którym mieszkają ludzie bez głów. – Yallah! – krzyczą po arabsku właściciele kolejek. I towarzystwo wsiada na jeszcze jedną rundę. I jeszcze jedną.
Dobrze po północy księżniczka Noot Al-Thani siedzi w małym ogródku McDonalda na Praterze. Przed nią stoi pięć dużych porcji frytek, sześć kanapek z rybą, dziesięć butelek pepsi, cztery wody mineralne i dziesięć porcji keczupu. Nadszedł czas na ucztowanie. Dookoła gasną światła. Hinduski pracownik otworzył ogródek i włączył frytkownice. Nie zawsze trafia się tylu klientów przed zamknięciem. Noot wkłada ostrożnie do ust kilka frytek. Pije wodę jak ptaszek, przechylając głowę do tyłu. Od kiedy poddała się operacji zmniejszenia żołądka jedzenie i picie sprawia jej ból. Jutro ostatni dzień pobytu w Wiedniu. Księżniczka pragnie tylko, żeby zanim odjedzie do domu, jeszcze raz spadł deszcz.
Karin Steinberger
("Suddeutsche Zaitung" za Onet.pl)









