Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

2008-06-06 12:33:00
Wioski pełne sierot
Rodzice tych małych Tybetańczyków żyją, a jednak zdecydowali się rozstać z dziećmi odsyłając je w miejsce, gdzie nauczą się tradycji i patriotyzmu. Co roku do Indii przedostaje się przynajmniej kilkuset małych uchodźców. Nikt nie wie, ilu z nich ginie w drodze.
Przez czterdzieści dni Legphel, niesiona w ramionach przez matkę, pokonywała Himalaje, z Tybetu aż do Indii. – Zanim wyruszyliśmy w góry, mama długo tuliła mnie i całowała. Ale teraz już nie pamiętam, jak wyglądała jej twarz – opowiada dziewczynka, dziś dwunastoletnia uczennica. Dłonie zaciska kurczowo na spódniczce swojego mundurka.Siedem lat temu przybyła do ośrodka w Dharamsali, siedzibie Tybetańskiego Rządu na Uchodźstwie. Od tego czasu nie miała żadnych wieści od swoich rodziców. Jeden z kolegów powiedział dziewczynce, że jego wujek był świadkiem śmierci jej matki w drodze powrotnej. – Przecież mama nie może tak sobie zniknąć – złości się Legphel.
Uczy się teraz tybetańskiej historii i kultury w wiosce przygotowanej specjalnie dla małych uciekinierów, zbudowanej na zboczu góry kilka kilometrów od Dharamsali. Ponad dwa tysiące przebywających tutaj uczniów ma prawo nazywać siebie sierotami. Nie dlatego, że ich rodzice nie żyją – mieszkają z drugiej strony pokrytych śniegiem szczytów – lecz dlatego, że nie mogą się w żaden sposób z nimi skontaktować.
Wysłanie listu czy rozmowa telefoniczna to zbyt ryzykowne przedsięwzięcia. W 2007 roku pięćdziesięciu młodych uchodźców musiało wrócić do rodziców, bo chińska policja odkryła, że uciekli z Tybetu. – Dzieci wolą zapomnieć o swoich rodzicach, niż cierpieć z powodu ich nieobecności. Choć nie wszystkim się to udaje – opowiada dyrektor szkoły. Czasem nocą Lagphel budzi się i ma wrażenie, że widzi swoją rodzinę tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Co roku do Indii przybywa nielegalnie od siedmiuset do tysiąca dwustu tybetańskich dzieci w wieku od sześciu do piętnastu lat. Kilka metrów przed granicą Tybetu rodzice powierzają dzieci "przewoźnikom". Nikt nie wie, jak wyglądają ani jak się nazywają ci pośrednicy, którzy obawiając się donosów wolą pozostać całkiem anonimowi. Mali uchodźcy zaczynają trwającą cały miesiąc drogę, najczęściej zimą, bo o tej porze roku najłatwiej przemierzyć Himalaje. – Wtedy z powodu mrozu strażnicy graniczni, zamiast chodzić na patrole, wolą pozostać w swoich schronieniach – tłumaczy nam Dhorjee, szef ośrodka dla uchodźców w Dharamsali.
Transakcja dokonuje się zawsze nocą i co najważniejsze, w absolutnej ciszy. Najmniejszy spadający ze ścieżki kamyk mógłby zaalarmować straż. Bywa, że dzieci giną od kul lub spadają w przepaść. W żaden sposób nie da się stwierdzić, ile z nich dotąd zginęło. Policzyć można tylko te, które docierają do Dharamsali, do ośrodka dla uchodźców.
W starym budynku, wciśniętym między sklepiki z pamiątkami, w zacienionej sypialni znajduje się pięćdziesiąt łóżek, ustawionych jedno przy drugim. Obok na podłodze leży kilka toreb wypełnionych ciepłymi ubraniami. Dzieci czytają tu ilustrowane biografie Dalajlamy, uczą się rysować najpierw tybetańską flagę, potem buddyjskie klasztory. Czasami dla zabicia nudy zdarza im się bawić przy wejściu do budynku, wzdłuż muru oklejonego fotografiami trupów leżących na ulicach Lhassy, stolicy Tybetu. W końcu nadchodzi dzień błogosławieństwa Dalajlamy. Nazajutrz dzieci wyruszają do swojej nowej matki.
"Home mothers" to matki zawodowe. Przez dwa lata uczą się szycia, gotowania i podstaw psychologii dziecięcej. Przyjmują u siebie małych uchodźców, mieszkają z nimi w wiosce, w kamiennych domkach zbudowanych na wzór tych w Tybecie. – Wychowując dzieci w szacunku dla tybetańskiej tradycji, ratuję mój kraj od zapomnienia – mówi Tsering, czterdziestoośmioletnia "matka" opiekująca się trzydziestosześcioosobową grupą dzieci. Wnętrze domu, w którym żyją, zdobią wizerunki buddyjskich świątyń i portrety Dalajlamy. Jej milczący mąż nie odrywa oczu od ekranu telewizora, na którym przewijają się obrazy z ostatnich zamieszek w Tybecie. – Tu jest tylko matka, nie ma ojca – uprzedza Tsering.
O świcie, gdy chłopcy podlewają kwiaty, uczennice spoglądając na dolinę rozczesują na dworze swoje długie, czarne włosy. Na dźwięk dzwonu mrowie dzieci zbiega stromymi dróżkami w stronę boiska do koszykówki, które każdego ranka przekształca się w miejsce modlitwy. Siedząc po turecku na dywanikach, setki uczniów i uczennic pochylają się nad książkami i powtarzają recytowane przez mnicha mantry.
– Dzieci poznają kulturę, historię i religię naszego kraju. W ten sposób stają się Tybetańczykami – twierdzi kierujący szkołą Karma Trinley. Stoimy przed budynkiem, na którym umieszczono napis: "Przybywajcie tu po naukę, idźcie w świat, by służyć innym". Podręczniki historii i języka napisali sami nauczyciele. Książka do historii rozpoczyna się od rozdziału zatytułowanego "Tybet i Chiny", a kończy rozdziałem "Wygnanie".
Na idealnie uporządkowanym biurku Karmy Trinleya piętrzy się sterta czekających na lekturę pamiętników. Mieszczące się na stroniczce zwierzenia uczniów codziennie czyta jeden nauczyciel. Pierwszeństwo mają te, na których zaznaczono: "Proszę przeczytać". – Należy odkryć duchowe cierpienia dziecka, nim będzie za późno – tłumaczy Trinley.
"Smutno mi dzisiaj, bo Sainteté ma gorączkę" – pisze jeden z uczniów pod datą 18 marca. Tego samego dnia pewna uczennica martwi się: "Widziałam w telewizji, jak Tybetańczycy podpalają chińskie samochody. Boję się o moich rodziców. Nic nie mogę dla nich zrobić prócz tej jednej rzeczy: uczyć się, jak zostać dobrą Tybetanką". By pomóc w tym autorce owych słów i jej koleżankom, szkoła prowadzi lekcje wychowania obywatelskiego. Dzieci uczą się tybetańskiej konstytucji stworzonej w 1960 roku, dowiadują się też, że każdy Tybetańczyk powinien oddawać 2 proc. swoich zarobków na funkcjonujący na uchodźstwie rząd.
– Powinniśmy nauczyć się zasad demokracji, byśmy byli do niej przygotowani w chwili, gdy Tybet odzyska niepodległość – podsumowuje jedna z nauczycielek pragnąca zachować anonimowość. Ona sama też spędziła dzieciństwo w tej wiosce. Kilka lat temu wróciła do Tybetu, do swoich rodziców. – Gdy znów ujrzałam ich twarze, wróciły do mnie wspomnienia z wcześniejszych lat. To było nie do zniesienia. W końcu zdecydowałam się zostać w Indiach, tu, gdzie spędziłam większość mojego życia – opowiada. Swój wybór, by osiąść w Dharamsali, nauczycielka tłumaczy następująco: – Tutaj być może jestem sierotą bez rodziców, ale nie sierotą bez kraju.
Julien Bouissou
("Le Monde" za Onet.pl)









