Na polskim rynku wydawniczym ukazał się w pełni multimedialny podręcznik do edukacji międzykulturowej, której współautorem jest Instytut Badań nad Cywilizacjami.

2008-04-16 10:21:00
Globalny szpital
Wielu chorych staje się globalnymi pacjentami, ponieważ w ich rodzinnych krajach opieka lekarska jest kiepska lub zbyt droga. Do luksusowego szpitala w Bangkoku w Tajlandii przyjeżdżają tysiące pacjentów ze wszystkich kontynentów. Zwalczają tam raka, reperują sobie serca lub biodra.
Ralf Krewer siedzi w skórzanym fotelu. Wysoki blondyn ma w zasięgu ręki komórkę i kawę. Obserwuje obrotowe drzwi przy wejściu do hallu. Są ważne. To miara jego sukcesu, pokazują Krewerowi, czy wykonuje plan, czy też nie. Przez te drzwi świat przychodzi do niego.Widzi pacjentów z rakiem z Etiopii w drodze na terapię. Widzi kobiety z USA z nowymi piersiami, które przeciwstawiają się sile ciążenia. Pewien 80-letni Holender chwali swoje bajpasy, młody Irlandczyk kulejąc wchodzi przez drzwi. Przeklina pod nosem. Krewer opowiada, że Irlandczyka wyciągnięto przed dwoma tygodniami z płonącego wraku samolotu.
Przesuwają się Arabowie, za nimi podążają ich żony, całe zakwefione. Krewer patrzy za nimi, mówi: – Arabowie przynoszą dobry zarobek, jeśli chodzi o choroby. Wynika to ze zmian w stylu życia. Dużo jedzenia, przede wszystkim wieczorami, niewiele ruchu. Arabowie i Europejczycy mają ze sobą więcej wspólnego, niż się powszechnie sądzi.
Rozgrzewający się Krewer dotarł do swego ulubionego tematu "narody i stan ich opieki medycznej". Na ten rynek mocno wchodzą USA. Tylko w ubiegłym roku pół miliona Amerykanów wyjechało na leczenie za granicę, a to dopiero początek, bo 50 milionów mieszkańców tego kraju nie ma ubezpieczenia zdrowotnego.
Bardzo ciekawe są także kraje rozwijające się. – Niedoceniany jest na przykład Sudan. Mnóstwo ropy, a więc dużo pieniędzy, przynajmniej w rękach panującej kliki, do tego bardzo słaba medyczna infrastruktura. Krewer jest pewien, że "można z nimi robić interesy".
Pod koniec miesiąca chciał pojechać do Sudanu, by wysondować rynek, zobaczyć czy wojsko będzie gotowe dostarczać regularnie ciężko chorych, stworzyć coś w rodzaju międzykontynentalnego wahadłowca z Afryki do Azji i z powrotem. W umowie znalazłby się rabat dla sudańskiego rządu, uzależniony od liczby pacjentów. Ale szef skreślił podróż. Powiedział, że Krewer po raz kolejny jest niecierpliwy.
On sam uważa niecierpliwość za cnotę, teraz, kiedy na rynku zaczyna się ruch, gdy Malezja reklamuje leczenie bezpłodności, Indie operacje na otwartym sercu, a Singarpur tanie bajpasy. Krewer jest przekonany, że trzeba się śpieszyć, jeśli jego szpital chce nadal przewodzić w wielkim interesie, w wielkiej metamorfozie, która ma zamienić ciężko chorych w dobro globalizacji.
Podróże po zdrowie
Ponad dziesięć lat temu Amerykanie i Europejczycy odkryli, że także poza granicami ich krajów są zdolni lekarze, którzy oferują swoje usługi znacznie niż ich od koledzy w krajach uprzemysłowionych. Amerykanów z USA ciągnęło do Meksyku i Kostaryki. Europejczyków na Majorkę, do Turcji, do krajów Europy Wschodniej.
To zjawisko ochrzczono mianem turystyki medycznej. Zaczęło się jako sprawa dość mroczna, a w ciągu paru lat urosło do rangi lukratywnego interesu. W ubiegłym roku według danych narodowych agencji turystycznych tylko do Azji przyjechały ponad dwa miliony pacjentów. Umożliwiły to internet i tanie bilety lotnicze.
Podczas tej pierwszej fazy turystyki medycznej chodziło o drobne poprawki na ciele, o lekarską troskę o ego pacjenta. Gra toczyła się z reguły o to, by lepiej wyglądać, a nie o to, by być zdrowym.
Leczenie ciężko chorych nie zostało zglobalizowane. Jeszcze do niedawna było sprawą narodową. Chorych w dalszym ciągu operowano tam, gdzie akurat żyli, a nie tam, gdzie oferowano im najlepszy stosunek jakości usługi do ceny. Los, a nie rynek określał jakość medycznej opieki. Jedyny wyjątek stanowiły kraje arabskie. Tamtejsi chorzy dość wcześnie zaczęli leczyć się w USA lub Europie.
Krewer uważa ten stan za anachronizm, za złą formę protekcjonizmu, który uniemożliwia wolny handel pacjentami i swobodne podejmowanie decyzji przez chorych. Ostro pracuje nad zmianą tego stanu rzeczy.
Dorastał w pobliżu Trewiru, studiował sinologię, a potem całym latami podróżował po Dalekim Wschodzie. Dziś jest szefem marketingu międzynarodowego w Bangkok-Hospital w Tajlandii, eleganckiego, liczącego 600 łóżek szpitala w centrum stolicy. Korzystają z niego także członkowie rodziny królewskiej. Osobiści lekarze prezydenta USA chwalą szpital za jego wyposażenie techniczne i medyczne kompetencje. To dobre miejsce do wprowadzania rewolucji w leczeniu.
Krewer chce dać mobilność zwykłym chorym, osobom ciężko schorowanym, inwalidom. Chce zamienić luksusowy produkt, jakim jest nowoczesna medycyna, w artykuł powszechnie dostępny. Nie tylko globalna klasa wyższa, nie tylko bogaci Arabowie, Europejczycy, Amerykanie mają odnosić korzyści z możliwości nowoczesnej medycyny, lecz także członkowie globalnej klasy średniej. Krewer oferuje im za niską cenę nowoczesną terapię, pełen serwis, nawet luksus. Nowy staw kolanowy kosztuje w Bangkok-Hospital 10 tysięcy dolarów, w USA rachunek za niego wynosi 30 tysięcy. Nową zastawkę serca można dostać w Bangkok-Hospital za 7100 euro, w Niemczech kosztuje około 20 tysięcy euro.
Owe zdumiewające oferty możliwe są dzięki niskim kosztom płacy – a takie są tu nie tylko w tym szpitalu. O 10 minut jazdy stąd wznosi się potężna wieża ze szkła, stali i marmuru – to Bumrungrad-Hospital z 800 łóżkami. W Bangkoku jest także trzeci pięciogwiazdkowy szpital, kolejne stoją w Singapurze, w Indiach. Rozwijają się. Liczba zagranicznych pacjentów w Indiach, w Singapurze, w Tajlandii wzrosła w ubiegłym roku o około 30 proc. Tak samo było rok wcześniej. W samej tylko Tajlandii w 2006 roku z opieki lekarskiej skorzystało 1,6 mln cudzoziemców. To, co odbywa się w progowych krajach Azji, Krewer nazywa "nowym rozdziałem globalizacji".
Po kapitale, pracy i innych usługach globalizacji ulega także leczenie chorych – przekazywane podwykonawcom, obiecującym taką samą lub lepszą opiekę za ułamek zwykłej ceny. Sztuka lekarska ma przeobrazić się w całkiem normalną usługę, która może być oferowana i wykonywana w dowolnym miejscu na ziemi. Jak masaże, czy usługi fryzjerskie.
Fontanny i fortepian
Z takiego rozwoju usług medycznych cieszy się szczególnie Frehiwot Tesfu. Ma 35 lat. Jest wysoką, pełną życia kobietą. Pochodzi z Addis Abeby, stolicy Etiopii, kraju w którym brakuje wszystkiego, co potrzebne do życia. Jedzenia, czystej wody, oświaty, pokoju, rozsądnej medycznej opieki. Etiopia nie jest dobrym miejscem na odkrycie rankiem, że w piersi ma się guzek.
Rodzina Tesfu nie należy do pozbawionych środków do życia, bo jej brat pracuje w Lufthansie. Mogła opłacić lekarzy w stolicy, ale ich aparaty rentgenowskie były stare, zdjęcia na nich wykonane mówiły niewiele. Lekarze nie potrafili zgodzić się, czy trzeba amputować pierś, czy nie. Tesfu nie wiedziała, co ma zrobić. Przeklinała nędzę swojego kraju, marzyła o leczeniu się gdzie indziej. Ale gdzie? Wiedziała, że są dobre kliniki i wspaniali lekarze w Europie, USA, ale nie stać jej było na tamtejsze szpitale.
Przyjaciele opowiedzieli jej, że słyszeli o szpitalu w Bangkoku, który podobno oferuje dobre leczenie za rozsądną cenę. Tesfu poszła do kafejki internetowej i poszukała informacji o tym szpitalu. Dwa tygodnie później w towarzystwie swojego brata wysiadła z samolotu w Bangkoku.
W hali przylotów czekał na nią pracownik szpitala. Przed lotniskiem stała czarna limuzyna. Z szoferem. Pojechali do centrum, do dzielnicy Huay Kwang, gdzie między płaskimi domami mieszkalnymi wznosi się elegancki biały klocek, otoczony dwoma równie eleganckimi białymi klockami. Samochód zatrzymał się przy wejściu głównym pod szklaną kopułą. Portier w liberii i białych rękawiczkach otworzył drzwi, zamarkował pokłon. Nadeszli bagażowi, potem przyjezdni poszli do foyer. Sufit był wysoko, szemrały trzy fontanny. Słychać było muzykę. Nie spływała płasko z sufitu, brzmiała soczyście i wypełniała sobą hall. Za filarem na scenie siedziała pianistka i grała na fortepianie.
Tesfu uznała to za zdumiewające, irytujące, dziwaczne. Co to ma znaczyć? Fortepian, pianistka w szpitalu? W Etiopii w wielu szpitalach nie ma nawet lekarzy!
Po załatwieniu formalności poszła dalej, obok skórzanych kanap i foteli, obok japońskiej restauracji i filii Starbucksa. Za zakrętem była winda, potem jasno oświetlony korytarz z miękkim dywanem i wreszcie pokój. Nie wieloosobowy, lecz jej pokój, tylko jej, 25 metrów kwadratowych, wyposażony w telewizor LCD, mikrofalówkę i łóżko dla jej brata. Tesfu musiała się najpierw położyć.
Badania zaczęły się następnego dnia. Przeszła przez różne pomieszczenia, wszędzie było czysto, stały komputery, pielęgniarki były przyjazne, lekarze skoncentrowani. Najpierw zawsze brali pacjentkę za nadgarstek. Nosiła na nim opaskę z kodem – identyfikował ją, zapewniał lekarzom i pielęgniarkom dostęp do jej cyfrowych akt w szpitalnej sieci, które rosły z każdym dniem. Chorą zbadano, zrobiono rentgen, zaprotokołowano wyniki, porównano wartości, oceniono zdjęcia. Tesfu prześlizgiwała się przez doskonale zgraną fabrykę zdrowia. Powiedziano jej że na zakończenie otrzyma wszystkie dane, wszystkie zdjęcia, może je zabrać do domu do dalszego wykorzystania. Oczekiwała, że do ręki wcisną jej stertę papieru. Zamiast tego dali jej płytę CD.
Tesfu jest tutaj od dwóch tygodni. Testy pokazały, że może zachować pierś, została zoperowana, zapłaciła 3845 dolarów i za kilka dni odleci do domu. Jest zadowolona. Wszyscy byli dla niej mili, lekarze mieli czas, żaden nie patrzył na zegarek, gdy zadawał jej pytania. Jeśli kiedyś zajdzie taka potrzeba, na pewno tu wróci. Należy teraz do świadków koronnych Krewera.
Nowy typ pacjenta
(...) Zrozpaczonych ludzi Krewer znajduje nie tylko w strefach ubóstwa. W Kalifornii w San Diego mieszka Richard Werlin, Amerykanin o kiepskim sercu. Żyje tylko dlatego, że lekarze w jego ojczyźnie wszczepili mu cztery bajpasy i 13 wsporników naczyń. To zapobiegło śmierci, ale nie poprawiło wydolności serca, której poziom sięgał 30 procent i ciągle spadał. Werlinowi mogła pomóc tylko terapia za pomocą komórek macierzystych, ale w USA nie ma jej w zakresie standardowego leczenia – jest dopiero wypróbowywana. Werlin próbował dostać się do grupy objętej badaniem. Nie udało mu się, więc zaczął szukać w internecie alternatywy: krajów, szpitali, którym obce były etyczne zastrzeżenia i zwłoka amerykańskich urzędów decydujących o dopuszczeniu takiej terapii do powszechnego użytku. W listopadzie zeszłego roku wkroczył do Bangkok-Hospital.
Spytał swojego lekarza, którym jest pacjentem poddawanym takiej terapii. Sto trzydziestym - brzmiała odpowiedź. A jakie są szanse na sukces? Lekarz mówił długo. Jego odpowiedź można streścić jednym słowem: niepewne. Może pomóc albo nie. Kiedy po ponad tygodniu Werlin opuszczał szpital, był uboższy o 50 tys. dolarów i bogatszy o słabą nadzieję.
Gdyby w Bangkok-Hospital byli tylko tacy pacjenci jak Tesfu czy Werlin, można by zarzucić Krewerowi, że wykorzystuje zrozpaczonych ludzi. Większość stanowią jednak osoby, które nie są śmiertelnie chore. Wiele z nich mogłoby poddać się równie dobremu leczeniu w innym miejscu. I wielu tak właśnie zrobiło.
Na przykład Hamad Saleh, 36-latek z Kataru. Przyjechał z osobistym tłumaczem. Saleh ma problemy z kolanami. Był operowany w Katarze, poleciał na rehabilitację do Bonn, potem wrócił do Kataru. Znów mógł prostować nogi, ale bóle nie zniknęły. Miał być ponownie operowany w Katarze. Miał znowu przejść rehabilitację w Bonn. Odmówił, poleciał do Bangkoku. Do dr Pornthepa Mamanee, ortopedy. Mówi, że teraz nie boli go już nic.
Saleh jest nowym typem pacjenta. Nie widzi znaczącej różnicy między szpitalem w swojej ojczyźnie a równie dobrym za granicą. W obu przypadkach są to anonimowe w znacznej mierze fabryki zdrowia, nastawione na duże obłożenie przy możliwie równej jakości. Specjalista od kolan czy serca w jego ojczyźnie jest równie obcy pacjentom takim, jak Saleh, co lekarz w Tajlandii. Widzi go krótko przed operacją i krótko po niej. Nie ma bliskości, prawdziwej więzi między doktorem a pacjentem. Jest tylko usługa. I tak jak w swojej ojczyźnie pacjent również za granicą ma nadzieję, że ta usługa go zadowoli. (...)
Dotychczas w Bangkok-Hospital nie popełniono błędu, który skończyłby się śmiercią pacjenta. – Ale może się to zdarzyć – mówi Cahtree Duangnet, dyrektor generalny szpitala, korpulentny mężczyzna o okrągłej twarzy. Kieruje nim od ponad dwóch lat i w tym czasie na koszt placówki sprowadził samolotem jedną z pacjentek, ponieważ była niezadowolona z leczenia, a specjalista w jej ojczyźnie stwierdził błąd w terapii.
– Na tym polega nasza oferta – mówi Duangnet. Jeśli kompetentny lekarz uzna, że popełniony został błąd, pacjent przywożony jest samolotem do szpitala i ponownie leczony. Odszkodowanie nie jest przewidziane.
Pacjenci Bangkok-Hospital rzadko pytają o procedurę w przypadku błędu w sztuce lekarskiej. Mailowa korespondencja między nimi a lekarzami dotyczy diagnoz, opcji leczenia i oczywiście pieniędzy. Również w kontraktach, które Bangkok-Hospital zawiera z klientami instytucjonalnymi, pytanie o odszkodowanie po błędach lekarskich nie odgrywa żadnej roli. Szpital zapewnia odpowiednie leczenie. To wszystko.
Kontrakty są zdumiewająco krótkie. Trzy strony, czasami cztery. Gdzieś pośrodku pojawia się rabat za regularne dostarczanie chorych. Z reguły strony kontraktu zgadzają się na 15 procent.
Pod jednym kontraktem nie ma nawet podpisu. Przypieczętowano go uściskiem dłoni między Krewerem a przedstawicielem Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zapewnia od urzędnikom rządowym i ich rodzinom usługi Bangkok-Hospital. Z Emiratów w ubiegłym roku samoloty przywiozły na leczenie 33 tysiące pacjentów. Także policja i służba medyczna Dubaju przysyła swoich chorych do Bangkoku, podobnie robi rząd Kataru.
Krewer ma nadzieję, że tak będzie wyglądać przyszłość. Chorzy będą transportowani po świecie. Szpitale na całej kuli ziemskiej zaczną ze sobą konkurować. Będą oferty specjalne, kiedyś być może pojawi się szpital oferujący opłaty ratalne. Nowe biodro za 10 tysięcy euro, płatne w stu wygodnych ratach po 99,95 euro.
( ...) Przyszłość znajduje się w cienkiej teczce na biurku Krewera. Zawiera ona informacje dla potencjalnych inwestorów. Diagramy, tabele. Pokazują, że ludzie żyją dłużej. Dotyczy to całego świata, ale przede wszystkim Europy.
Na diagramach widać, że z wiekiem rośnie liczba schorzeń uwarunkowanych starością i chorób cywilizacyjnych. Ich leczenie jest skomplikowane i drogie. Niewielu młodych będzie musiało ponosić koszty leczenia wielu starych. Ci pierwsi nie będą z tego powodu szczęśliwi, zaczną wywierać presję. Pojawią się zmiany w systemie, różne kompromisy. Szef Krewera nakazał już przygotowanie odpowiedniej oferty "na dzień dobry". Nowe stawy biodrowe dla Europejczyków. To jest stosunkowo mało skomplikowane.
Uwe Buse
("Der Spiegel" za Onet.pl)









